zdjęcie ze strony screenrant.com
Dwa miesiące minęły od premiery najnowszej części przygód Człowieka Pająka i obecnie film można oglądać już tylko w nielicznych kinach. Wiązały się z nią odmienne emocje niż z innymi tegorocznymi filmami z MCU. "Kapitan Marvel" wzbudziła dużo kontrowersji jako pierwszy film MCU z kobietą w roli tytułowej. Premiera "Avengers: Koniec gry" byłą ogromnym eventem wyzwalając w fanach mnóstwo nadziei, lęków i wzruszeń. A "Spider-Man: Daleko od domu" to na pierwszy rzut oka tylko taki filmik o nastolatkach jadących na wycieczkę szkolną. No właśnie - tylko na pierwszy rzut oka.
Jestem pewna, że już nasłuchaliście się i naczytaliście się jako świetny jest ten nowy film o Spider-Manie. Napisze więc tylko, że film bardzo mi się spodobał mimo, że wydaje mi się on był skierowany do trochę młodszego widza. Sądzę, że rozterki Petera najlepiej trafiły do widzów o kilkanaście lat młodszych ode mnie. Ale nie przeszkadzało mi to w żadnym momencie w czerpaniu mnóstwa radości z seansu (a właściwie z czterech seansów). Elementem filmu, który dotknął mnie najbardziej była żałoba Petera po śmierci Tony'ego Starka.
Pomyślicie może, że to dziecinne płakać po śmierci fikcyjnej postaci. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten kto nigdy nie zapłakał (albo choć aż nie poczuł smutku) po śmierci ulubionego bohatera z książki, serialu lub filmu. Dobrze skonstruowany bohater literacki czy filmowy naturalnie zdobywa nasze przywiązanie. A Iron Man był dobrze napisanym i zagranym bohaterem, którego losy śledziliśmy przez ponad dekadę. I teraz gdy go zabrakło potrzebowaliśmy (a przynajmniej część z nas) okresu żałoby. Przeżywamy go więc razem z Peterem w najnowszym filmie z MCU. Wraz z odejściem Tony'ego przeżywamy także koniec pewnego okresu. Stark odszedł, Avengers przestali istnieć w takim kształcie, w jakim funkcjonowali przez lata, świat bohaterów Marvela zmienił się nieodwracalnie. Jednocześnie dla nas widzów też sporo się zmieniło. Trójka naszych ukochanych bohaterów - Iron Man, Czarna Wdowa i Kapitan Ameryka odeszła prawdopodobnie na zawsze, trzecia faza filmów MCU dobiegła końca. Wiemy już, że w przyszłym roku dostaniemy pierwsze seriale osadzone w MCU. Wiemy, że do już niedługo poznamy zupełnie nowych bohaterów, obecnych dotąd tylko w komiksach - Eternals, Shang-Chi, Moon Knighta, Ms Marvel i She Hulk. Wiemy też, że w wyniku konfliktu Disneya i Sony, Spider-Man nie może być używany w filmach MCU. Mozliwe jest oczywiście, że te studia wpracują porozumienie, które będzie satysfakcjonujące dla obu stron i Pajączek pojawi się za kilka lat w kolejnej części Avengers albo dostanie swój solowy film. W tej chwili jednak Spider-Man nie nalezy do MCU.
Sporo tych zmian, prawda? Czy wszystkie okarzą się zmianami na lepsze? To się okaże za parę lat. Tylko jedno jest pewne - świat bohaterów Marvela, zarówno dla żyjących w nim postaci, jak i dla nas - widzów, już nie będzie taki sam. A "Spider-Man: Daleko od domu" to pewien kamień milowy dla uniwersum.
Z jednej strony mamy w filmie wiele odniesień do Tony'ego Starka i jego drogi jako bohatera. Przepiękna jest scena, w której Peter, korzystając ze sprzętu Starka, tworzy sobie nowy kostium. Od razu przypomniały mi się sceny z pierwszego "Iron Mana", w których Tony budował swoje pierwsze zbroje. Świetny był wątek Petera przeżywającego traumę po niezaplanowanej wycieczce w kosmos, walce z Thanosem i śmierci Iron Mana. Śledząc go miałam przebitki do wątków z trzeciego "Iron Mana", w którym Tony przejawiał objawy PTSD po bitwie o Nowy Jork z "Avengers" i musiał na nowo zdefiniować siebie jako bohatera. Wzruszały mnie murale z Iron Manem w kolejnych miastach odwiedzanych przez Petera. Wszystkie te nawiązania nie przeszkadzały mi w żaden sposób w odbiorze filmu. Napiszę więcej - bardzo ważnym elementem filmu było pokazanie jak podobny był Peter do Tony'ego, a równocześnie jak różny był od niego.
Z drugiej strony dostajemy wyraźny komunikat - idzie nowe! Część Avengers odeszła, pozostali są "poza zasięgiem". Przyszedł czas na nowych bohaterów. Nie mają oni jednak dosłownie zastąpić bohaterów starszego pokolenia. Mają "wykonywać bohaterską robotę" pozostając jednocześnie sobą. W "Spider-Man. Daleko od domu" Peter jest jedynym przedstawicielem nowego pokolenia bohaterów. Ale wiem już z zapowiedzi, że niedługo dostaniemy nową Hawkeye - Kate Bishop oraz Ms Marvel - Kamalę Khan. Przypuszczam, że za 2-3 lata Peter Parker (jeśli będzie wtedy należał do MCU) będzie jednym z wielu młodych bohaterów. Być może za jakiś czas dostaniemy film lub serial o grupie Young Avengers?
Jak dla mnie najnowszy film o Spider-Manie jest bardzo dobrym epilogiem Infinity Sagi. Przypominając nam początki historii, drogę którą przebyliśmy razem z bohaterami, obiecuje nam, że opowieść będzie trwać, nawet jeśli po drodze wiele się zmieni. I mam nadzieję, że będą to zmiany na lepsze.
zdjęcie ze strony screenrant.com
niedziela, 8 września 2019
wtorek, 13 sierpnia 2019
Perełki filmowego sezonu ogórkowego
zdjęcie ze strony popsugar.com
Półmetek wakacji za nami (dla tych, którzy mają wakacje), a w kinach, jak to zwykle o tej porze, sezon ogórkowy. Owszem, co tydzień wpada jakaś premiera, raz komedia, raz horror, raz animacja dla dzieci. Jednak większość tych filmów trudno nazwać przebojami, na które ciągną tłumy. Lipiec był jeszcze całkiem niezły - na początku miesiąca premierował "Spider-Man. Daleko od domu", w drugiej połowie miesiąca "Król Lew" i oba te filmy bardzo dobrze się sprzedały. Myślę, że zasługują one na oddzielne recenzje (tak, wiem, że spóźnione ale oba są jeszcze w kinach). Tutaj wolałabym się skupić na trzech premierach sierpniowych, które pozytywnie mnie zaskoczyły.
"Pavarotti" to film biograficzny o jednym z najsłynniejszych śpiewaków operowych dwudziestego wieku - włoskim tenorze Luciano Pavarottim. Chyba każdy z nas kojarzy to nazwisko i twarz. Ja, jako osoba dorastająca w latach dziewięćdziesiątych, pamiętam, że Pavarotti był wszędzie, w radio, w telewizji, w gazetach. Nie trzeba było się interesować muzyką klasyczną czy nawet muzyką w ogóle żeby Pavarottiego znać. Jego przepiękny głos i uśmiechnięta twarz pojawiają się w mojej pamięci gdy tylko pomyślę o okresie mojego dzieciństwa. Gdy pojawiła się zapowiedź filmu o Pavarottim to wiedziałam, że na niego pójdę. I rzeczywiście się na niego wybrałam, już w dniu premiery.
Pierwsze rzecz jaka mi przychodzi do głowy gdy myślę o tym filmie to stwierdzenie, że jest to "feeling good movie". Przez większą część seansu czułam się po prostu dobrze. Film jest bardzo dobry od strony technicznej. Materiały archiwalne są sprawnie poprzeplatane współczesnymi wypowiedziami współpracowników, przyjaciół i członków rodziny Luciano. Muzyka jest przepiękna. Nie interesowałam się postacią Pavarottiego więc trudno mi powiedzieć na ile kompletny i prawdziwy jest obraz przedstawiony w tym konkretnym filmie. Odniosłam jakieś nikłe wrażenie, że tematy trudniejsze (drugie małżeństwo Luciano, jego chimeryczny charakter) zostały ledwie muśnięte, tak by sylwetka Pavarottiego jawiła się tam w pozytywnym świetle. Ale można to spokojnie zepchnąć na karb pewnego wyboru artystycznego, którego dokonali twórcy filmu. Bardzo trudno mi oceniać surowo ten obraz. Podoba mi się to jak film został zrobiony. Podoba mi się jak został w nim przedstawiony Pavarotti. I jestem pewna, że za jakiś czas będę chciała ten film obejrzeć jeszcze raz. Więc i wam go polecam. Zwłaszcza jeśli lubicie filmy biograficzne o wielkich muzykach. "Pavarotti" ciągle jest w kinach, spieszcie się zanim spadnie z afisza.
zdjęcie ze strony slambuddy.com
zdjęcie ze strony ew.com
Półmetek wakacji za nami (dla tych, którzy mają wakacje), a w kinach, jak to zwykle o tej porze, sezon ogórkowy. Owszem, co tydzień wpada jakaś premiera, raz komedia, raz horror, raz animacja dla dzieci. Jednak większość tych filmów trudno nazwać przebojami, na które ciągną tłumy. Lipiec był jeszcze całkiem niezły - na początku miesiąca premierował "Spider-Man. Daleko od domu", w drugiej połowie miesiąca "Król Lew" i oba te filmy bardzo dobrze się sprzedały. Myślę, że zasługują one na oddzielne recenzje (tak, wiem, że spóźnione ale oba są jeszcze w kinach). Tutaj wolałabym się skupić na trzech premierach sierpniowych, które pozytywnie mnie zaskoczyły.
"Pavarotti" to film biograficzny o jednym z najsłynniejszych śpiewaków operowych dwudziestego wieku - włoskim tenorze Luciano Pavarottim. Chyba każdy z nas kojarzy to nazwisko i twarz. Ja, jako osoba dorastająca w latach dziewięćdziesiątych, pamiętam, że Pavarotti był wszędzie, w radio, w telewizji, w gazetach. Nie trzeba było się interesować muzyką klasyczną czy nawet muzyką w ogóle żeby Pavarottiego znać. Jego przepiękny głos i uśmiechnięta twarz pojawiają się w mojej pamięci gdy tylko pomyślę o okresie mojego dzieciństwa. Gdy pojawiła się zapowiedź filmu o Pavarottim to wiedziałam, że na niego pójdę. I rzeczywiście się na niego wybrałam, już w dniu premiery.
Pierwsze rzecz jaka mi przychodzi do głowy gdy myślę o tym filmie to stwierdzenie, że jest to "feeling good movie". Przez większą część seansu czułam się po prostu dobrze. Film jest bardzo dobry od strony technicznej. Materiały archiwalne są sprawnie poprzeplatane współczesnymi wypowiedziami współpracowników, przyjaciół i członków rodziny Luciano. Muzyka jest przepiękna. Nie interesowałam się postacią Pavarottiego więc trudno mi powiedzieć na ile kompletny i prawdziwy jest obraz przedstawiony w tym konkretnym filmie. Odniosłam jakieś nikłe wrażenie, że tematy trudniejsze (drugie małżeństwo Luciano, jego chimeryczny charakter) zostały ledwie muśnięte, tak by sylwetka Pavarottiego jawiła się tam w pozytywnym świetle. Ale można to spokojnie zepchnąć na karb pewnego wyboru artystycznego, którego dokonali twórcy filmu. Bardzo trudno mi oceniać surowo ten obraz. Podoba mi się to jak film został zrobiony. Podoba mi się jak został w nim przedstawiony Pavarotti. I jestem pewna, że za jakiś czas będę chciała ten film obejrzeć jeszcze raz. Więc i wam go polecam. Zwłaszcza jeśli lubicie filmy biograficzne o wielkich muzykach. "Pavarotti" ciągle jest w kinach, spieszcie się zanim spadnie z afisza.
zdjęcie ze strony slambuddy.com
Zupełnie innym filmem jest "Szybcy i wściekli: Hobbes i Shaw". Mówiąc nieco żartobliwie - "kup popcorn i colę, wyłącz mózg i baw się dobrze". W tym filmie są wszystkie składniki tworzące dobre kino akcji: charyzmatyczni bohaterowie, bójki, strzelaniny, pościgi, wybuchy, dowcipne onelinery i troszeczkę łagodzący to nagromadzenie testosteronu wątek rodzinny. Zarówno Dwayne The Rock Johnson, jak i Jason Statham dają tu z siebie wszystko piorąc filmowych przeciwników po pyskach i rzucając dowcipne uwagi. Vanessa Kirby jest śmiercionośnie piękna. Idris Elba nieźle sobie radzi jako komiksowy złol. Dostajemy fabułę, która nie do końca się klei (jak to zwykle w tego typu filmach), dużo ciekawych lokacji, a sceny akcji są naprawdę efektowne (zwłaszcza pył lub deszcz w slow motion w niektórych sekwencjach pościgów i walk). Biorąc pod uwagę to jak działa fizyka w tym filmie (przez większość czasu nie działa) i to, że antagonista jest praktycznie cyborgiem to mamy tu już do czynienia niemalże z kinem superbohaterskim. A kto dziś nie lubi filmów superbohaterskich? Biorąc pod uwagę zarobki tych filmów ośmielę się stwierdzić, że prawie wszyscy je lubią. Dodam tylko, że sama wielką fanką kina akcji czy serii "Szybkich i wściekłych" nie jestem ale bawiłam się na tym filmie bardzo dobrze. Zakładam, że jest spora szansa, że i wam "Hobbes i Shaw" przypadną do gustu.
Moja trzecia propozycja to film animowany "Toy Story 4". Kojarzę wcześniejsze filmy z tej serii ale ich fanką nie jestem. A może powiem raczej - ja się na "Toy Story" nie wychowałam. Oglądałam kiedyś cześć pierwszą ale na pewno nie jako dziecko. Część trzecią obejrzałam bardzo niedawno, w okolicach premiery najnowszego filmu. Dwójki chyba nigdy nie oglądałam. Przez kulturową osmozę poznałam bohaterów i wątki poruszane przez "Toy Story". Zdaję sobie sprawę, że wiele osób uwielbia tą serię. Ale ja sama szłam do kina bez sentymentu do poprzednich części i bez wielkich oczekiwań. I bardzo miło się zaskoczyłam. Pierwszą warstwą filmu jest animacja dla młodego widza - kolorowa i pozytywna, z sympatycznymi bohaterami i szczęśliwym zakończeniem. Druga warstwa skierowana jest do widzów dorosłych, którzy mają czasami problemy z wejściem w kolejny etap życia, zweryfikowaniem swoich planów i celów życiowych, porzuceniem marzeń młodości by być szczęśliwym tu i teraz. "Toy Story 4" jest piękne, wzruszające i bardzo pozytywne. Myślę, że każdy widz, bez względu na to czy ma pięć, piętnaście, trzydzieści czy siedemdziesiąt lat znajdzie w nim coś dla siebie. Dlatego polecam wam wybrać się na "Toy Story" całą rodziną. Jeśli mielibyście w tym miesiącu pójść tylko raz do kina to wybierzcie ten właśnie film!
Bez względu na to na co wybierzecie się do kina/jaki film wybierzecie na Netflixie czy HBO GO życzę wam miłego seansu.
Moja trzecia propozycja to film animowany "Toy Story 4". Kojarzę wcześniejsze filmy z tej serii ale ich fanką nie jestem. A może powiem raczej - ja się na "Toy Story" nie wychowałam. Oglądałam kiedyś cześć pierwszą ale na pewno nie jako dziecko. Część trzecią obejrzałam bardzo niedawno, w okolicach premiery najnowszego filmu. Dwójki chyba nigdy nie oglądałam. Przez kulturową osmozę poznałam bohaterów i wątki poruszane przez "Toy Story". Zdaję sobie sprawę, że wiele osób uwielbia tą serię. Ale ja sama szłam do kina bez sentymentu do poprzednich części i bez wielkich oczekiwań. I bardzo miło się zaskoczyłam. Pierwszą warstwą filmu jest animacja dla młodego widza - kolorowa i pozytywna, z sympatycznymi bohaterami i szczęśliwym zakończeniem. Druga warstwa skierowana jest do widzów dorosłych, którzy mają czasami problemy z wejściem w kolejny etap życia, zweryfikowaniem swoich planów i celów życiowych, porzuceniem marzeń młodości by być szczęśliwym tu i teraz. "Toy Story 4" jest piękne, wzruszające i bardzo pozytywne. Myślę, że każdy widz, bez względu na to czy ma pięć, piętnaście, trzydzieści czy siedemdziesiąt lat znajdzie w nim coś dla siebie. Dlatego polecam wam wybrać się na "Toy Story" całą rodziną. Jeśli mielibyście w tym miesiącu pójść tylko raz do kina to wybierzcie ten właśnie film!
Bez względu na to na co wybierzecie się do kina/jaki film wybierzecie na Netflixie czy HBO GO życzę wam miłego seansu.
poniedziałek, 3 czerwca 2019
"Good omens" czyli anioł, demon i Armagedon
Ostatnio oglądam więcej filmów (zarówno w kinie, jak i na streamingu) niż seriali. Ale w ostatni weekend przysiadłam i obejrzałam nowa produkcję Amazon Prime Video - serial "Good Omens". Jeśli trochę interesujecie się fantastyką to może kojarzycie pierwowzór książkowy - powieść "Good Omens" N. Gaimana i T. Pratchetta.
Książkę "Dobry omen" czytałam chyba w liceum (nie pamiętam dokładnie kiedy, więc musiało to być dawno) i pamiętam tyle, że mi się podobała. W sytuacji gdy większość treści pierwowzoru zapomniałam do serialu podeszłam z otwartą głową. Widziałam jakieś materiały promocyjne i czekałam na ten serial ale nie na tyle żeby zapamiętać datę jego premiery. I gdy w piątek zorientowałam się, że "Good Omens" właśnie wyszło to nie planowałam poświęcać weekendu na jego oglądanie. Ale poświęciłam. Zaczęłam oglądać w nocy z piątku na sobotę, skończyłam w sobotę po południu.
Serial jest dość krótki - sześć odcinków po około pięćdziesiąt minut. I ogląda się go szybko. A jego największymi atutami są odtwórcy dwóch głównych ról - Michael Sheen grający anioła Azirafala i David Tennant wcielający się w demona Crowleya. Panowie mają rewelacyjną chemię między sobą i praktycznie każda ich wspólna scena skrzy się emocjami. Powiem więcej - wątek przyjaźni Crowleya i Azirafala jest najlepszym wątkiem tego serialu. W tle jest nadciągający koniec świata, zupełnie zwyczajny jedenastoletni Atychryst, Czterej Jeźdźcy Apokalipsy, młoda czarownica, która woli o sobie mówić, że jest okultystką oraz łowcy czarownic (cała dwuosobowa armia). Do tego oczywiście siły anielskie i demoniczne szykujące się do ostatecznego starcia. ale wszystko to wypada dość blado przy niezwykłej przyjaźni anioła i demona.
To dobry ten serial czy nie dobry? Dla mnie dobry. Cały humor jaki wnoszą Crowley (który w sumie nie jest taki zły i zamiast kusić ludzi woli słuchać Queen, rozbijać się swoim zabytkowym autem i jeść obiadki z przyjacielem) i Azirafal (którego bardziej niż wypełnianie woli Niebios interesuje jego bogato wyposażony antykwariat i elegancie stroje) wręcz rozświetla ten serial. Dostajemy też kilka wzruszających momentów - scena z Crowleyem w płonącym antykwariacie to złoto. Serial jest w gruncie rzeczy pochwałą tego co najlepsze w człowieczeństwie i zachwytem nad małymi, codziennymi przyjemnościami.
A wady? No są. Teoretycznie wiodący wątek nadciągającej Apokalipsy jest mało intersujący. Oczywiście pojawiają się ciekawe sceny czy postaci w tym wątku (Jon Hamm jako Gabriel jest rewelacyjny), aktorstwo jest na bardzo dobrym poziomie, a sam wątek jest zbudowany logicznie. Tylko jest taki no, do zapomnienia. Trzeba się też nastawić na to, że efekty specjalne są na poziomie seriali telewizyjnych i nie mówię tu o "Grze o tron",a raczej o superbohaterskich produkcjach stacji CW. Nie przeszkadzało mi to jakiś bardzo ale było widoczne. Dużo zależy od tego czego wy oczekujecie od serialu. Jeśli szukacie serialu, który będzie się przyjemnie oglądał i zostawi w waszym sercu uczucie ciepła to "Good omens" jak najbardziej się nada. Jeśli oczekujecie serialu wszechczasów, który zmieni wasze życie to sobie darujcie bo się zawiedziecie.
Ja lubię seriale po których robi się ciepło na serduszku. I bardzo lubię Davida Tennanta. Mam też pewien sentyment do twórczości Pratchetta i Gaimana, Myślę, że to dostatecznie tłumaczy mój entuzjazm wobec tego serialu. Polecam wam go sprawdzić, choć ze dwa odcinki. Może i was zachwyci historia niezwykłe przyjaźni anioła i demona, która uratowała świat przed Armagedonem.

zdjęcie ze strony liveforfilm.com
niedziela, 2 czerwca 2019
Na jaki film zabrać swoje dziecko do kina z okazji Dnia Dziecka?
Dzień Dziecka już za nami więc tytuł mojego wpisu może się wydać trochę chybiony. Ale może ktoś z was w ostatni weekend nie miał czasu na świętowanie ze swoim dzieckiem i zechce to nadrobić w kolejny. A może wasze dziecko przyniosło dobre oceny na koniec roku szkolnego i chcecie je w nagrodę zabrać do kina na coś fajnego. Ewentualnie zamierzacie wybrać się ze swoim potomkiem do kina zupełnie bez okazji ale jeszcze nie wiecie na co. W każdym z tych przypadków służę pomocą w wyborze repertuaru.
"Aladyn" to aktorska wersja animacji Disneya z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie będę ukrywać, że na moją ocenę tego filmu wpływa sentyment do animowanego "Aladyna", którego oglądałam jako dziecko. Oraz fakt, że lubię musicale i Willa Smitha. "Aladyn" to kolorowy, radosny film familijny z wątkami przygodowymi i romansowymi. Człowiek nie czuje tych dwóch godzin spędzonych w fotelu kinowym, a piosenki z filmu szybko wpadają w ucho. Aktorsko najlepiej wypadł chyba właśnie Will Smith, wręcz promieniał charyzmą. Z kolei Naomi Scott, grająca Dżasminę, świetnie wypadła w swoich piosenkach. Ogólnie film, mimo, że niczym mnie nie zaskoczył, sprawił mi bardzo dużo radości i zdecydowanie mam ochotę obejrzeć go raz jeszcze. A także polecam go wam i waszym pociechom.
"Pokemon. Detektyw Pikachu" to kolejna podróż sentymentalna. Przynajmniej dla niektórych bo ja Pokemony w moim dzieciństwie kojarzę jak przez mgłę. Pamiętam, że na początku lat dwutysięcznych moja młodsza kuzynka oglądała Pokemony, a ja czasem razem z nią. Znam wygląd i nazwy kilkunastu z nich. I to by było na tyle. Nie grałam w gry, nie oglądałam filmów. Nie mam sentymentu. Na film "Detektyw Pikachu" patrzę ze sporym dystansem. To prosta historia o młodym chłopaku, który współpracuje z partnerem swojego ojca-policjanta, aby wyjaśnić zagadkę rzekomej śmierci owego ojca. A tym partnerem jest właśnie Pokemon Pikachu. Doceniam Ryana Reynoldsa podkładającemu głos Pikachu, doceniam sympatyczne projekty Pokemonów (ten puchaty Pikachu!), doceniam jak ładnie został wykreowany świat w którym ludzie i Pokemony żyją ze sobą w harmonii. I chętnie bym obejrzała kolejny film osadzony w tym uniwersum. Myślę, że "Detektyw Pikachu" spodoba się dzieciakom w wieku 7-12 lat, na pewno je rozbawi, może trochę wzruszy.
Przyznaje, że "Sekretne życie zwierzaków domowych 2" obejrzałam bez znajomości część pierwszej. Nie wiem czy znajomość pierwszego filmu zmieniłaby moje nastawienie. Wiem za to, że "Sekretne życie...2" oglądało się całkiem przyjemnie. Zwierzaki ładne, trochę humoru, trochę akcji, morał na końcu filmu. Wszystko ok. Obawiam się, że po prostu nie należę do grupy docelowej, dla której ten film powstał. Nie jestem zwierzolubem, który podskakuje z zachwytu gdy zobaczy słodkiego, puchatego zwierzaczka na ekranie. Jeśli wy lub wasze dzieci lubicie zwierzęta, a zwłaszcza lubicie gdy zwierzęta robią dziwne i śmieszne rzeczy to ten film spodoba się wam bardzo. I będziecie się śmiać w głos jak dzieciaki, które siedziały obok mnie w kinie.
"Uglydolls. Paskudy" leży bliżej mojego obszaru zainteresowań niż dwa poprzednie filmy. Jest to animowany musical o niedoskonałych zabawkach, które marzą, że pokocha je jakieś dziecko. W warstwie fabularnej film jest bardzo przyjemny. Historia zabawek poszukujących miłości jest dość wyraźną metaforą pogodni współczesnego człowieka za doskonałością, która ma dać mu szczęście. Morałem historii Paskud jest wniosek, że to nasze wady czynią nas wyjątkowymi i możemy znaleźć miłość, mimo, że nie jesteśmy doskonali. Troszkę gorzej jest jeśli chodzi o wykonanie. Po obejrzeniu kilku krótkich spotów z oryginalnej, angielskiej, wersji doszłam do wniosku, że polski dubbing nie do końca staje na wysokości zadania. Zarówno dialogi, jak i piosenki, wydają się lepiej brzmieć w oryginale. Niestety dystrybutor nie daje nam wyboru (przy animacjach bardzo rzadko się zdarza żeby ten wybór dawał) i możemy albo obejrzeć "Uglydolls" po polsku albo poczekać kilka miesięcy na wydanie filmu na DVD/streamingu. Jeśli więc chcecie zabrać swoje dziecko na mądry film, z przyzwoitą oprawą muzyczną to "Uglydolls. Paskudy" będą w sam raz.
I to by było na tyle jeśli chodzi o moje rekomendacje. Są one dość różnorodne więc wierze, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Życzę wam dobrej zabawy w kinie!
zdjęcie ze strony hotsfile24.eu
Etykiety:
Aladyn,
animacje,
Detektyw Pikachu,
Disney,
dla dzieci,
familijne,
filmy,
kino,
kultura,
Paskudy,
Pokemon,
Popkultura,
premiera,
Sekretne życie zwierzaków domowych 2,
Uglydolls
poniedziałek, 27 maja 2019
"Part of the journey is the end" - spoilerowe refleksje po filmie "Avengers: Koniec gry"
obraz ze strony hdwallpapers.in
Minął miesiąc od premiery filmu "Avengers: Koniec gry". Co się w tym czasie nie działo. Tuż przed premierą nastąpił wyciek spoilerów (spotkałam się z teorią, że był to wyciek kontrolowany). Pokazy przedpremierowe i premierowe były dość mocno oblegane. Po pierwszym weekendzie film zarobił ponad miliard dolarów. Po drugim weekendzie "Avengers" utrzymali tempo lądując z ponad dwoma miliardami dolarów na miejscu drugim najlepiej zarabiających filmów. Teraz, po czterech tygodniach, od zastania najlepiej zarabiającym filmem wszechczasów dzieli najnowszy film MCU trochę ponad 100 mln dolarów. Tego się nie spodziewałam. Wątpię żeby ktokolwiek się spodziewał takiego obrotu spraw.
Nie chcę pisać po raz kolejny o fenomenie MCU, o tym jak to przez ponad dekadę dostawaliśmy dobre historie ze świetnymi bohaterami. Chcę się podzielić pewnymi spoilerowymi przemyśleniami i uwagami odnośnie "Avengers: Koniec gry" gdyż będą one w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie w czym tkwi niezwykłość filmów Marvela. Bo najnowsi "Avengers" to takie MCU w pigułce. Ulubieni bohaterowie, wyczekiwane wątki i sceny - wszystko w jednym miejscu.
Jestem już po pięciu seansach filmu i po każdym miałam trochę inne odczucia. Za każdym razem zwracałam uwagę na inne elementy, odkrywałam nowe szczegóły. Przy czwartym seansie zwracałam uwagę raczej na rzeczy dziejące się na drugim czy trzecim planie niż na główna akcję. I doszłam do wniosku, że właśnie, między innymi, tymi smaczkami film stoi. Bo nawet największe zwroty akcji, nawet najbardziej widowiskowe bitwy po którymś seansie trochę się opatrzą. A wyszukiwanie momentów, w których po twarzy bohatera przemyka jakaś emocja, albo kadrów podczas wielkiej bitwy, na których widzimy sekundową interakcje dwóch bohaterów to doskonała zabawa, przynajmniej dla mnie.
Nie chce sie za bardzo rozpisywac o watkach Iron Mana, Kapitana Ameryki i Thora bo kazdy z nich zostal juz solidnie znalizowany w recenzjach, które czytalam i video recenzjach, które ogladalam. O wielkiej trójce napisze zapewne osobny tekst. Tutaj skupie sie na bohaterach, ktorzy mieli dotad mniej miejsca w filmach.
Wiele osob narzeka, że coś mało tej Kapitan Marvel bylo w filmie. Racja, czasu ekranowego miala malo. Ale jak już sie pojawiała to była absolutnym badassem. Pierwsze pojawienie się - Carol ratuje życie Tony'emu i Nebuli dryfujacym przez bezmiar kosmosu. Drugie pojawienie się - Carol ratuje bohaterów przed ostrzalem ze statku Thanosa i stacza bardzo wyrównaną walkę wręcz z Szalonym Tytanem, ktora Thanos wygrywa, bo oszukuje używając Kamienia Mocy. Mina Thanosa gdy uderza Carol z główki, a ona nawet nie mruga jest bezcenna. Myślę, że w kolejnych filmach nie raz będziemy mieli okazje podziwiać Kapitan Marvel. A jesli komus jej mało, to zapraszam do kina, jej solowy film ciagle jest w repertuarze.
Ant-Man byl dotąd dla wielu osób bardziej comic reliefem niż pelnoprawnym bohaterem. Bo to taka ofiara życiowa, ktora umie się zmniejszać do rozmiaru insekta oraz gadac z mrowkami nie powala ani haryzmą ani supermocami. A jednak - Scott Lang odegrał niepoślednią rolę w wydarzeniach z "Avengers: Koniec gry" i myślę, że wskoczył dzięki temu do ligi mistrzów. Z jednej strony to o wymyślił "przekręt czasowy", z drugiej dostarczył sporo humoru jak choćby w scenie z pierwszą próbą podróży w czasie, koordynowaną przez Profesora Hulka. Jeśli pojawi się w kolejnej część "Avengers" czy innym grupowym filmie to już jako pełnoprawny bohater, który pomógł uratować wszechświat. Jeżeli zaś zobaczymy kolejny solowy film Ant-Mana to bardzo interesującym będzie oglądać Scotta w roli ojca nastolatki, która różni się znacząco od roli ojca małej dziewczynki.
Z wątków pobocznych chyba najbardziej urzekł mnie wątek Nebuli. W pierwszych "Strażnikach Galaktyki" Nebula była generyczną złą siostrą i gdyby po tym filmie zniknęła to chyba by mnie to nie obeszło. W "Strażnikach Galaktyki vol.2" zyskała ona więcej głębi i jej relacja z Gamorą została lepiej nakreślona. Jedną z bardziej emocjonalnych scen w "Avengers: Wojna bez granic" była ta, gdy Gamora, chcąc uchronić Nebulę przed torturami, zdradziła Thanosowi położenie Kamienia Duszy. Zrobiła to mimo, że wcześniej gotowa była popełnić samobójstwo byle tylko Thanos nie zdobył kolejnego Kamienia. Ten drobiazg pokazał nam, że w międzyczasie Gamora i Nebula zbliżyły się do siebie. Ten fakt na duże znaczenia dla wątku Nebuli w "Avengers: Koniec gry".
W pierwszych minutach "Avengers: Koniec gry" widzimy Nebulę i Starka na uszkodzonym statku Strażników, w sytuacji gdy kończy im się tlen i od śmierci dzielą ich dosłownie godziny. Mamy okazje obserwować Nebulę w zgoła zaskakujących sytuacjach - gdy opiekuje się osłabionym Starkiem i gdy, najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu, ma okazję się bawić. Łatwo mi sobie wyobrazić, że córka Thanosa we wcześniejszych latach swego życia nie miała okazji by grać w gry czy robić czegoś dla zabawy bo była bardzo na serio zajęta zabijaniem lub planowaniem zabójstw. Dlatego ta krótka scena w której Tony uczy Nebuli strzelania rzutką do bramki głęboko mnie poruszyła.
A potem jest ta milcząca, króciutka scena gdy Nebula i Rocket siedzą obok siebie na schodach, pocieszając się po stracie, której doznali. Kilkanaście minut później, już po śmierci Szalonego Tytana, Nebula, mając na twarzy krew, pochyla się nad szczątkami swojego ojca i zamyka mu oczy. Spełniło się jej marzenie o śmierci Thanosa ale nie wygląda na zadowoloną. Tu przypomina mi się scena z "Avengers: Wojna bez granic" gdy Gamora zaczyna płakać, gdy Thanos za pomocą Kamienia Rzeczywistości przekonuje ją, że go zabiła. Można by tak analizować scena po scenie. Widzimy, jak bardzo zmieniła się Nebula, odkąd poznaliśmy ją w "Strażnikach...". Już nie kieruje nią pragnienie zemsty, zabijanie przestało być celem jej życia. W obliczu tego dość tragiczny jest moment gdy "starsza" Nebula musi zabić "młodszą" Nebulę, godząc się z tym, że tej jej innej wersji nie będzie dane zaznać życia z dala od Thanosa, życia polegającego na czymś innym niż ciągłe zabijanie.
Pod koniec filmu Nebula pojawiła się w towarzystwie pozostałych Strażników Galaktyki. Mam nadzieję, że oznacza to, iż dołączy na stałe do zespołu. Chciałabym zobaczyć jej dalszy rozwój, zwłaszcza, że jest bardzo kompetentną postacią, a zderzenie jej osoby ze Strażnikami i Thorem na dokładkę stworzyłoby rewelacyjną mieszankę.
W związku z wątkiem Profesora Hulka czuję pewien niedosyt. Z jednej strony zobaczyliśmy coś zupełnie nowego - połączenie Bannera i Hulka w jedna osobę - bardzo inteligentną, bardzo silną, zrównoważoną i pewna siebie. Z drugiej strony Hulk miał swój absolutnie epicki moment - nałożenie nowej Rękawicy Nieskończoności i sprowadzenie z powrotem wszystkich istot "wysptrykniętych" przez Thanosa. Ale... Tego Hulka było trochę za mało. Chętnie zobaczyłabym choć krótką przebitkę na te osiemnaście miesięcy eksperymentów prowadzonych przez Bannera w laboratorium gamma. Niestety, film już i tak trwa trzy godziny i nie potrafię wskazać, co należałoby z niego wyrzucić żebyśmy dostali więcej Profesora Hulka. Historia Hulka została w pewien sposób zamknięta. Porażka w pierwszej walce z Thanosem zmobilizowała Bannera do rozwiązania swojego odwiecznego problemu - wewnętrznego konfliktu z Hulkiem. To był jego sposób na przepracowaniu traumy po tak wielkiej klęsce która spotkała jego, jego drużynę i ludzkość. W "Avengers: Koniec gry" Banner godzi się z samym sobą i w jakimś sensie odkupuje swoją wcześniejszą porażkę. Czy zobaczymy go w następnych filmach? Mam nadzieję, że pojawi się w roli mentora dla nowego pokolenia bohaterów, będzie dla nich robił fajne gadżety i udzielał im mądrych rad.
Trudno omawiać mi oddzielnie wątki Czarnej Wdowy i Hawkeya. Od "Avengers" podkreślane było, że Natasha i Clint to najlepsi przyjaciele i doskonały zespół. W "Avengers" Czarna Wdowa robiła wszystko by obudzić Hawkeya kontrolowanego przez Lokiego, a potem w czasie Bitwy o Nowy Jork wspominali Budapeszt. W "Avengers: Czas Ultrona" okazało się, że Natasha była jedną z nielicznych osób, które wiedziały, że Clint ma żonę i dzieci. W filmie "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" podczas walki na lotnisku Hawkeye zapytał Wdowę czy nadal są przyjaciółmi, mimo, że walczą po przeciwnych stronach. W najnowszym filmie przyjaźń tej dwójki ponownie odgrywa dużą rolę.
Natasha ze skutkami pstryknięcia Thanosa poradziła sobie zamykając się w siedzibie Avengers i szukając zagrożeń, którymi można byłoby się zająć. Nie będąc w stanie w żaden sposób odwrócić skutków pstryknięcia szuka czegoś z czym może walczyć, czemu da radę podołać. Clint, po tym jak jego rodzina wyparowała podczas przygotowań do obiadu (ta scena była prosta i wstrząsająca zarazem) i nie mógł na to nic poradzić, zaczął zabijać ludzi, którzy, w przeciwieństwie do jego żony i dzieci, nie zasłużyli by dalej żyć. Gdy Natasha i Clint odzyskali nadzieje, gdy stanęli przed szansą ściągnięcia wszystkich z powrotem, byli bardzo zdeterminowani. I trafili razem na Vormir.
Czy zaskoczę was pisząc ze scena na Vormirze rozgrywająca się miedzy Thanosem, a Gamora była dla mnie jedna z najbardziej emocjonalnych? Ile razy oglądałam "Avengers: Wojna bez granic" tyle razy płakałam, gdy Gamora spadała do Studni Dusz. A scena w której Clint i Natasha walczyli o to, które z nich poświęci swoja duszę, aby to drugie mogło odejść z Kamieniem rozbiła mnie emocjonalnie jeszcze bardziej. Oboje chcieli wypełnić misje, oboje chcieli tez ocalić życie przyjaciela poświęcając swoje. Ich motywacje są troszeczkę inne - Clint chciał aby jego rodzina wróciła, nawet jeśli on już ich nie zobaczy, Natasha przez lata żyła obsesją uratowania wszystkich, postąpienia jak prawdziwa bohaterka. Gdy Natasha w końcu "wygrała" i legła na dnie Studni, w tej samej pozycji, co wcześniej Gamora, a Clint płakał patrząc na Kamień Dusz, który pojawił się w jego prawej dłoni, ja płakałam nad nimi obojgiem.
Czy jest nad czym płakać? Natasha chciała się poświecić aby odwrócić skutki pstryknięcia Thanosa i to właśnie zrobiła. Clint chciał odzyskać rodzinę i w zakończeniu filmu widzimy go gdy wita się z zona i dziećmi. Cóż, nadal uważam, ze jest. Przez lata zżyłam się z ta dwójką bohaterów, nawet nie zdawałam sobie sprawę jak bardzo, i w sytuacji gdy jedno zginęło, a drugie musiało patrzeć na śmierć przyjaciela trudno mi się nie wzruszyć.
Dotyczy to tez wątków innych postaci. Wzruszyłam się podczas pogrzebu Tony'ego ale chyba jeszcze bardziej słuchając jego pożegnalnej wiadomości do Pepper i Morgan zakończonej słowami "I love you 3000". Serce mi bilo jak szalone gdy zmordowany Kapitan stanął sam na przeciwko Thanosa i jego armii, gotów walczyć do ostatniego tchu, a za jego plecami otwarły się portale i przybyła odsiecz z chyba wszystkich zakątków galaktyki. Coś mnie w środku ścisnęło gdy zobaczyłam reakcje Tony'ego na powrót Petera Parkera. Przeżywałam każdy seans "Avengers: Koniec gry" cala sobą, śmiejąc się i plącząc, ciesząc się, ze widzę po raz kolejny moich ulubionych bohaterów, lękając się o ich losy. I to jest, w moim przekonaniu, fundament trwającej popularności filmów MCU. Bohaterowie, bohaterowie i jeszcze raz bohaterowie. Ze wszystkimi wadami i zaletami, porażkami i tryumfami. Z konfliktami, przyjaźniami, romansami i relacjami rodzinnymi.
Nie ujmuje tu nic stronie technicznej filmu. Biorcą pod uwagę jak długi jest ten film i ile rzeczy twórcy w nim upchnęli najnowsi "Avengers" są historia spójna i z dobrym tempem. Zdjęcia, dźwięk, muzyka i efekty specjalne są na poziomie "dobrego blockbustera" czyli nie są ani dużo gorsze, ani dużo lepsze niż w innych filmach wysokobudżetowych. Więcej o tym pisać nie będę bo na technikaliach znam się tak sobie. Nie będę tez pisać o wadach filmu bo to dla mnie oczywiste, ze ten film, jak każdy, trochę wada ma. Na szczęście "Avengers: Koniec gry" ma więcej zalet niż wad o czym świadczą dobre recenzje i wysokie zarobki filmu.
Iron Manowi, Kapitanie Ameryce i Thorowi poświecę oddzielny wpis gdyż byli oni filarami dotychczasowego uniwersum i historia każdego z nich w jakiś sposób się zakończyła. Thora zobaczymy niemal na pewno w filmach kolejnej fazy, możliwe tez, ze spotkamy jeszcze starszego Steve'a Rogersa, ktoś tez zapewne obejmie dziedzictwo Toney'ego Starka. Ale tu wkraczamy już na teren spekulacji na temat przyszłości. A w tej chwili ważne jest to, ze pewien etap podroży dobiegł końca. Dla bohaterów i dla nas - widzów. Czeka nas jeszcze epilog tej historii w filmie "Spider-Man: Daleko od domu". I to całkiem niedługo bo za piec tygodni.
Jeśli jakimś cudem jeszcze nie widzieliście "Avengers: Koniec gry" to zapraszam was do kin. Jeśli już raz widzieliście ten film to może skusicie się na powtórny seans, gdyż, moim zdaniem, "Koniec gry" jest idealny do powtórnych seansów i wyłapywania kolejnych szczegółów z drugiego, trzeciego, czwartego planu. Ja będę się usilnie starała znaleźć czas na kolejny seans. Bo ciągle trudno mi się pożegnać z ulubionymi herosami na końcu naszej wspólnej drogi.
zdjecie ze strony slashfilm.com
Minął miesiąc od premiery filmu "Avengers: Koniec gry". Co się w tym czasie nie działo. Tuż przed premierą nastąpił wyciek spoilerów (spotkałam się z teorią, że był to wyciek kontrolowany). Pokazy przedpremierowe i premierowe były dość mocno oblegane. Po pierwszym weekendzie film zarobił ponad miliard dolarów. Po drugim weekendzie "Avengers" utrzymali tempo lądując z ponad dwoma miliardami dolarów na miejscu drugim najlepiej zarabiających filmów. Teraz, po czterech tygodniach, od zastania najlepiej zarabiającym filmem wszechczasów dzieli najnowszy film MCU trochę ponad 100 mln dolarów. Tego się nie spodziewałam. Wątpię żeby ktokolwiek się spodziewał takiego obrotu spraw.
Nie chcę pisać po raz kolejny o fenomenie MCU, o tym jak to przez ponad dekadę dostawaliśmy dobre historie ze świetnymi bohaterami. Chcę się podzielić pewnymi spoilerowymi przemyśleniami i uwagami odnośnie "Avengers: Koniec gry" gdyż będą one w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie w czym tkwi niezwykłość filmów Marvela. Bo najnowsi "Avengers" to takie MCU w pigułce. Ulubieni bohaterowie, wyczekiwane wątki i sceny - wszystko w jednym miejscu.
Jestem już po pięciu seansach filmu i po każdym miałam trochę inne odczucia. Za każdym razem zwracałam uwagę na inne elementy, odkrywałam nowe szczegóły. Przy czwartym seansie zwracałam uwagę raczej na rzeczy dziejące się na drugim czy trzecim planie niż na główna akcję. I doszłam do wniosku, że właśnie, między innymi, tymi smaczkami film stoi. Bo nawet największe zwroty akcji, nawet najbardziej widowiskowe bitwy po którymś seansie trochę się opatrzą. A wyszukiwanie momentów, w których po twarzy bohatera przemyka jakaś emocja, albo kadrów podczas wielkiej bitwy, na których widzimy sekundową interakcje dwóch bohaterów to doskonała zabawa, przynajmniej dla mnie.
Nie chce sie za bardzo rozpisywac o watkach Iron Mana, Kapitana Ameryki i Thora bo kazdy z nich zostal juz solidnie znalizowany w recenzjach, które czytalam i video recenzjach, które ogladalam. O wielkiej trójce napisze zapewne osobny tekst. Tutaj skupie sie na bohaterach, ktorzy mieli dotad mniej miejsca w filmach.
Wiele osob narzeka, że coś mało tej Kapitan Marvel bylo w filmie. Racja, czasu ekranowego miala malo. Ale jak już sie pojawiała to była absolutnym badassem. Pierwsze pojawienie się - Carol ratuje życie Tony'emu i Nebuli dryfujacym przez bezmiar kosmosu. Drugie pojawienie się - Carol ratuje bohaterów przed ostrzalem ze statku Thanosa i stacza bardzo wyrównaną walkę wręcz z Szalonym Tytanem, ktora Thanos wygrywa, bo oszukuje używając Kamienia Mocy. Mina Thanosa gdy uderza Carol z główki, a ona nawet nie mruga jest bezcenna. Myślę, że w kolejnych filmach nie raz będziemy mieli okazje podziwiać Kapitan Marvel. A jesli komus jej mało, to zapraszam do kina, jej solowy film ciagle jest w repertuarze.
Ant-Man byl dotąd dla wielu osób bardziej comic reliefem niż pelnoprawnym bohaterem. Bo to taka ofiara życiowa, ktora umie się zmniejszać do rozmiaru insekta oraz gadac z mrowkami nie powala ani haryzmą ani supermocami. A jednak - Scott Lang odegrał niepoślednią rolę w wydarzeniach z "Avengers: Koniec gry" i myślę, że wskoczył dzięki temu do ligi mistrzów. Z jednej strony to o wymyślił "przekręt czasowy", z drugiej dostarczył sporo humoru jak choćby w scenie z pierwszą próbą podróży w czasie, koordynowaną przez Profesora Hulka. Jeśli pojawi się w kolejnej część "Avengers" czy innym grupowym filmie to już jako pełnoprawny bohater, który pomógł uratować wszechświat. Jeżeli zaś zobaczymy kolejny solowy film Ant-Mana to bardzo interesującym będzie oglądać Scotta w roli ojca nastolatki, która różni się znacząco od roli ojca małej dziewczynki.
Z wątków pobocznych chyba najbardziej urzekł mnie wątek Nebuli. W pierwszych "Strażnikach Galaktyki" Nebula była generyczną złą siostrą i gdyby po tym filmie zniknęła to chyba by mnie to nie obeszło. W "Strażnikach Galaktyki vol.2" zyskała ona więcej głębi i jej relacja z Gamorą została lepiej nakreślona. Jedną z bardziej emocjonalnych scen w "Avengers: Wojna bez granic" była ta, gdy Gamora, chcąc uchronić Nebulę przed torturami, zdradziła Thanosowi położenie Kamienia Duszy. Zrobiła to mimo, że wcześniej gotowa była popełnić samobójstwo byle tylko Thanos nie zdobył kolejnego Kamienia. Ten drobiazg pokazał nam, że w międzyczasie Gamora i Nebula zbliżyły się do siebie. Ten fakt na duże znaczenia dla wątku Nebuli w "Avengers: Koniec gry".
W pierwszych minutach "Avengers: Koniec gry" widzimy Nebulę i Starka na uszkodzonym statku Strażników, w sytuacji gdy kończy im się tlen i od śmierci dzielą ich dosłownie godziny. Mamy okazje obserwować Nebulę w zgoła zaskakujących sytuacjach - gdy opiekuje się osłabionym Starkiem i gdy, najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu, ma okazję się bawić. Łatwo mi sobie wyobrazić, że córka Thanosa we wcześniejszych latach swego życia nie miała okazji by grać w gry czy robić czegoś dla zabawy bo była bardzo na serio zajęta zabijaniem lub planowaniem zabójstw. Dlatego ta krótka scena w której Tony uczy Nebuli strzelania rzutką do bramki głęboko mnie poruszyła.
A potem jest ta milcząca, króciutka scena gdy Nebula i Rocket siedzą obok siebie na schodach, pocieszając się po stracie, której doznali. Kilkanaście minut później, już po śmierci Szalonego Tytana, Nebula, mając na twarzy krew, pochyla się nad szczątkami swojego ojca i zamyka mu oczy. Spełniło się jej marzenie o śmierci Thanosa ale nie wygląda na zadowoloną. Tu przypomina mi się scena z "Avengers: Wojna bez granic" gdy Gamora zaczyna płakać, gdy Thanos za pomocą Kamienia Rzeczywistości przekonuje ją, że go zabiła. Można by tak analizować scena po scenie. Widzimy, jak bardzo zmieniła się Nebula, odkąd poznaliśmy ją w "Strażnikach...". Już nie kieruje nią pragnienie zemsty, zabijanie przestało być celem jej życia. W obliczu tego dość tragiczny jest moment gdy "starsza" Nebula musi zabić "młodszą" Nebulę, godząc się z tym, że tej jej innej wersji nie będzie dane zaznać życia z dala od Thanosa, życia polegającego na czymś innym niż ciągłe zabijanie.
Pod koniec filmu Nebula pojawiła się w towarzystwie pozostałych Strażników Galaktyki. Mam nadzieję, że oznacza to, iż dołączy na stałe do zespołu. Chciałabym zobaczyć jej dalszy rozwój, zwłaszcza, że jest bardzo kompetentną postacią, a zderzenie jej osoby ze Strażnikami i Thorem na dokładkę stworzyłoby rewelacyjną mieszankę.
W związku z wątkiem Profesora Hulka czuję pewien niedosyt. Z jednej strony zobaczyliśmy coś zupełnie nowego - połączenie Bannera i Hulka w jedna osobę - bardzo inteligentną, bardzo silną, zrównoważoną i pewna siebie. Z drugiej strony Hulk miał swój absolutnie epicki moment - nałożenie nowej Rękawicy Nieskończoności i sprowadzenie z powrotem wszystkich istot "wysptrykniętych" przez Thanosa. Ale... Tego Hulka było trochę za mało. Chętnie zobaczyłabym choć krótką przebitkę na te osiemnaście miesięcy eksperymentów prowadzonych przez Bannera w laboratorium gamma. Niestety, film już i tak trwa trzy godziny i nie potrafię wskazać, co należałoby z niego wyrzucić żebyśmy dostali więcej Profesora Hulka. Historia Hulka została w pewien sposób zamknięta. Porażka w pierwszej walce z Thanosem zmobilizowała Bannera do rozwiązania swojego odwiecznego problemu - wewnętrznego konfliktu z Hulkiem. To był jego sposób na przepracowaniu traumy po tak wielkiej klęsce która spotkała jego, jego drużynę i ludzkość. W "Avengers: Koniec gry" Banner godzi się z samym sobą i w jakimś sensie odkupuje swoją wcześniejszą porażkę. Czy zobaczymy go w następnych filmach? Mam nadzieję, że pojawi się w roli mentora dla nowego pokolenia bohaterów, będzie dla nich robił fajne gadżety i udzielał im mądrych rad.
Trudno omawiać mi oddzielnie wątki Czarnej Wdowy i Hawkeya. Od "Avengers" podkreślane było, że Natasha i Clint to najlepsi przyjaciele i doskonały zespół. W "Avengers" Czarna Wdowa robiła wszystko by obudzić Hawkeya kontrolowanego przez Lokiego, a potem w czasie Bitwy o Nowy Jork wspominali Budapeszt. W "Avengers: Czas Ultrona" okazało się, że Natasha była jedną z nielicznych osób, które wiedziały, że Clint ma żonę i dzieci. W filmie "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" podczas walki na lotnisku Hawkeye zapytał Wdowę czy nadal są przyjaciółmi, mimo, że walczą po przeciwnych stronach. W najnowszym filmie przyjaźń tej dwójki ponownie odgrywa dużą rolę.
Natasha ze skutkami pstryknięcia Thanosa poradziła sobie zamykając się w siedzibie Avengers i szukając zagrożeń, którymi można byłoby się zająć. Nie będąc w stanie w żaden sposób odwrócić skutków pstryknięcia szuka czegoś z czym może walczyć, czemu da radę podołać. Clint, po tym jak jego rodzina wyparowała podczas przygotowań do obiadu (ta scena była prosta i wstrząsająca zarazem) i nie mógł na to nic poradzić, zaczął zabijać ludzi, którzy, w przeciwieństwie do jego żony i dzieci, nie zasłużyli by dalej żyć. Gdy Natasha i Clint odzyskali nadzieje, gdy stanęli przed szansą ściągnięcia wszystkich z powrotem, byli bardzo zdeterminowani. I trafili razem na Vormir.
Czy zaskoczę was pisząc ze scena na Vormirze rozgrywająca się miedzy Thanosem, a Gamora była dla mnie jedna z najbardziej emocjonalnych? Ile razy oglądałam "Avengers: Wojna bez granic" tyle razy płakałam, gdy Gamora spadała do Studni Dusz. A scena w której Clint i Natasha walczyli o to, które z nich poświęci swoja duszę, aby to drugie mogło odejść z Kamieniem rozbiła mnie emocjonalnie jeszcze bardziej. Oboje chcieli wypełnić misje, oboje chcieli tez ocalić życie przyjaciela poświęcając swoje. Ich motywacje są troszeczkę inne - Clint chciał aby jego rodzina wróciła, nawet jeśli on już ich nie zobaczy, Natasha przez lata żyła obsesją uratowania wszystkich, postąpienia jak prawdziwa bohaterka. Gdy Natasha w końcu "wygrała" i legła na dnie Studni, w tej samej pozycji, co wcześniej Gamora, a Clint płakał patrząc na Kamień Dusz, który pojawił się w jego prawej dłoni, ja płakałam nad nimi obojgiem.
Czy jest nad czym płakać? Natasha chciała się poświecić aby odwrócić skutki pstryknięcia Thanosa i to właśnie zrobiła. Clint chciał odzyskać rodzinę i w zakończeniu filmu widzimy go gdy wita się z zona i dziećmi. Cóż, nadal uważam, ze jest. Przez lata zżyłam się z ta dwójką bohaterów, nawet nie zdawałam sobie sprawę jak bardzo, i w sytuacji gdy jedno zginęło, a drugie musiało patrzeć na śmierć przyjaciela trudno mi się nie wzruszyć.
Dotyczy to tez wątków innych postaci. Wzruszyłam się podczas pogrzebu Tony'ego ale chyba jeszcze bardziej słuchając jego pożegnalnej wiadomości do Pepper i Morgan zakończonej słowami "I love you 3000". Serce mi bilo jak szalone gdy zmordowany Kapitan stanął sam na przeciwko Thanosa i jego armii, gotów walczyć do ostatniego tchu, a za jego plecami otwarły się portale i przybyła odsiecz z chyba wszystkich zakątków galaktyki. Coś mnie w środku ścisnęło gdy zobaczyłam reakcje Tony'ego na powrót Petera Parkera. Przeżywałam każdy seans "Avengers: Koniec gry" cala sobą, śmiejąc się i plącząc, ciesząc się, ze widzę po raz kolejny moich ulubionych bohaterów, lękając się o ich losy. I to jest, w moim przekonaniu, fundament trwającej popularności filmów MCU. Bohaterowie, bohaterowie i jeszcze raz bohaterowie. Ze wszystkimi wadami i zaletami, porażkami i tryumfami. Z konfliktami, przyjaźniami, romansami i relacjami rodzinnymi.
Nie ujmuje tu nic stronie technicznej filmu. Biorcą pod uwagę jak długi jest ten film i ile rzeczy twórcy w nim upchnęli najnowsi "Avengers" są historia spójna i z dobrym tempem. Zdjęcia, dźwięk, muzyka i efekty specjalne są na poziomie "dobrego blockbustera" czyli nie są ani dużo gorsze, ani dużo lepsze niż w innych filmach wysokobudżetowych. Więcej o tym pisać nie będę bo na technikaliach znam się tak sobie. Nie będę tez pisać o wadach filmu bo to dla mnie oczywiste, ze ten film, jak każdy, trochę wada ma. Na szczęście "Avengers: Koniec gry" ma więcej zalet niż wad o czym świadczą dobre recenzje i wysokie zarobki filmu.
Iron Manowi, Kapitanie Ameryce i Thorowi poświecę oddzielny wpis gdyż byli oni filarami dotychczasowego uniwersum i historia każdego z nich w jakiś sposób się zakończyła. Thora zobaczymy niemal na pewno w filmach kolejnej fazy, możliwe tez, ze spotkamy jeszcze starszego Steve'a Rogersa, ktoś tez zapewne obejmie dziedzictwo Toney'ego Starka. Ale tu wkraczamy już na teren spekulacji na temat przyszłości. A w tej chwili ważne jest to, ze pewien etap podroży dobiegł końca. Dla bohaterów i dla nas - widzów. Czeka nas jeszcze epilog tej historii w filmie "Spider-Man: Daleko od domu". I to całkiem niedługo bo za piec tygodni.
Jeśli jakimś cudem jeszcze nie widzieliście "Avengers: Koniec gry" to zapraszam was do kin. Jeśli już raz widzieliście ten film to może skusicie się na powtórny seans, gdyż, moim zdaniem, "Koniec gry" jest idealny do powtórnych seansów i wyłapywania kolejnych szczegółów z drugiego, trzeciego, czwartego planu. Ja będę się usilnie starała znaleźć czas na kolejny seans. Bo ciągle trudno mi się pożegnać z ulubionymi herosami na końcu naszej wspólnej drogi.
zdjecie ze strony slashfilm.com
Etykiety:
Avengers,
Avengers Koniec gry,
Czarna Wdowa,
familijne,
film,
Hawkeye. Ant-man,
Hulk,
Kapitan Marvel,
kino,
kultura,
Marvel,
MCU,
Nebula,
Strażnicy Galaktyki
piątek, 24 maja 2019
Kto czeka na "X-Men: Mroczna Phoenix"?
Za dwa tygodnie będzie miała premierę najnowszy film z uniwersum X-Men. Kampania promocyjna nie jest jakoś szczególnie intensywna. Są zwiastuny (zapowiadające powtórkę z "X-Men: Ostatni bastion") są plakaty, całkiem ładne zresztą. Według portalu filmweb.pl całkiem spore grono widzów ma zamiar obejrzeć film (ponad 20 tysięcy osób), pytanie brzmi tylko czy wybiorą się oni do kina czy raczej poczekają aż film wypłynie do Internetu i obejrzą go w domu. Ja sama na pewno pójdę do kina, choć gdyby ktoś mnie zapytał o najbardziej oczekiwane filmy nadchodzących miesięcy to nie byłoby wśród nich "X-Men: Mroczna Phoenix".
Uniwersum filmów X-Men stworzone przez wytwórnie Fox nie jest jakoś szczególnie bliskie mojemu sercu. Filmy o mutantach zaczęłam oglądać pięć lat temu, gdy byłam już wkręcona w filmy MCU. Spodobały mi się na tyle, ze kolejne odsłony serii śledziłam w kinie ("X-Men: Apocalypse", "Logan"), zainteresowałam się tez serialami anonimowymi z X-Men, a potem "Legionem" i The Gifted". Dobrze się to wpisywało w moje zainteresowanie historiami superbohaterskimi. Po tych kilku latach moja fascynacja X-Men niestety spadła. "X-Men: Apocalypse" nie było, moim zdaniem, najlepszym filmem. "Logan" z kolei podobał mi się bardzo, żałowałam, ze nie mogę go zobaczyć drugi raz na ekranie kinowym. Miałam możliwość wybrać się do kina dopiero w ostatnim dniu, gdy "Logan" był grany i opcji "w przyszłym tygodniu pójdę jeszcze raz na ten super film" nie było. I o tego czasu - od dwóch lat - tak jakby nic. Nowych animacji z X-Men nie ma, są tylko dwa, emitowane na przemian, seriale praktycznie nie powiązane z uniwersum filmowym. Dla mnie to za mało żeby podtrzymać moje zainteresowanie światem mutantów.
Premiera "X-Men: Mroczna Phoenix" była już dwa razy przekładana. Podobnie jak premiera "New Mutants". Z czego to wynika? Może studio Fox zdawało sobie sprawę, ze ich najnowsze produkcje o mutantach są niedopracowane? A może miało to związek z negocjacjami Foxa z Disney'em odnośnie sprzedaży swoich zasobów filmowych i serialowych (które Disney koniec końców odkupił)? Nie ma to większego znaczenia. Znaczenie ma to, ze widzowie czekają na nowe filmy z X-Men, a daty ich premier są przekładana. To nie wpływa dobrze na zainteresowanie widowni. Zwłaszcza, ze zwiastuny "Mrocznej Phoenix" zapowiadają kolejny konflikt miedzy Profesorem X, a Magneto i pozostałych mutantów miotających się miedzy nimi, a do tego wielkie niebezpieczeństwo przed którym X-Men musza obronić świat. Już widzieliśmy ta historie w pierwszej trylogii "X-Men"oraz w "X-Men: Pierwsza klasa" i "X-Men: Apocalypse". MCU potrafi wypuścić dwa, a nawet trzy filmy rocznie, teoretycznie wszystkie superhero, a praktycznie każdy z innymi bohaterami, z inna historia, w innym klimacie. Weźmy zeszłoroczne "Blacka Panther", "Avengers: Wojna bez granic" i "Ant-Man and the Wasp". Foxowi trochę to nie wyszło.
Doceniam zasługi "X-Men" i "X-Men 2" dla kina superboahterskiego. Bez tamtych filmów nie powstałoby MCU, ani DCEU, nie powstałaby cala masa świetnych filmów takich jak choćby "Spider-Man: Uniwersum". Jednak po kilkunastu latach gwiazda tego uniwersum gaśnie i upada. I wcale mi nie żal, ze po "X-Men: Mroczna Phoenix" i po "New Mutans", którego daty premiery nie znamy, uniwersum mutantów zostanie zamknięte. A za kilka lat otrzymamy reboot od Disneya, co do którego możemy mieć duże nadzieje.
Wracając do pytania z tytułu - kto czeka na najnowszą odsłonę "X-Men"? Ktoś z pewnością czeka. Ale bardzo wątpię żeby film okazał się takim przebojem jak choćby te mniejsze filmy MCU. I bardzo wątpię żeby fani długo rozpaczali gdy oficjalnie zostanie ogłoszony recasting naszych ulubionych postaci i restart uniwersum mutantów. Mi będzie tylko troszkę szkoda odtwórców ról Charlsa Xaviera i Ericka Lehnsherra bo w dużej mierze to oni utrzymywali ta serie na powierzchni.
zdjęcie ze strony film.interia.pl
niedziela, 19 maja 2019
Nie taki "Praziomek" straszny, jak go malują
zdjęcie ze strony film-base.pl
"Mamo, tato! Wybierzmy się na ten film!" - powiedziało żadne dziecko na widok plakatu filmu animowanego "Praziomek" nigdy. No może trochę przesadziłam. Trochę. Plakat "Praziomka" przedstawia dwójkę głównych bohaterów ustawionych jak do zdjęcia porterowego. Osoba robiąca kampanię reklamową filmu chyba pomyślała sobie "w prostocie siła" i trochę się przeliczyła.
"Mamo, tato! Wybierzmy się na ten film!" - powiedziało żadne dziecko na widok plakatu filmu animowanego "Praziomek" nigdy. No może trochę przesadziłam. Trochę. Plakat "Praziomka" przedstawia dwójkę głównych bohaterów ustawionych jak do zdjęcia porterowego. Osoba robiąca kampanię reklamową filmu chyba pomyślała sobie "w prostocie siła" i trochę się przeliczyła.
Na filmie "Praziomek" byłam w kinie dwa razy, raz sama, drugi raz z moim dziesięcioletnim siostrzeńcem. I za drugim razem bawiłam się chyba lepiej niż mój siostrzeniec co jest trochę dziwne. A może wcale nie jest bo "Praziomek" jest odrobinę niedzisiejszy. Jest to film stworzony metodą animacji poklatkowej, co jest dziś raczej rzadko spotykane. Około czterdziestu - trzydziestu lat temu ta metoda była dość często wykorzystywana i pamiętam, że oglądałam nie raz i nie dziesięć razy animacje robione w ten sposób w paśmie wieczorynki. Dziś ta metoda jest bardzo rzadko wykorzystywana, jej miejsce zajęła tradycyjna animacja i animacja 3d. Można rzec, że taka jest kolej rzeczy - techniki starsze i mniej atrakcyjne są wypierane przez techniki nowsze i bardziej interesujące dla widzów. Mimo to troszkę mi żal, najbardziej chyba z powodu wspomnień i sentymentu.
"Praziomek" jest opowieścią o przyjaźni aspirującego odkrywcy Sir Lionela Frosta i mitycznej Wielkiej Stopy zwanej też Praziomkiem lub Zuzią. Obaj bohaterowie szukają początkowo akceptacji, wsparcia, uznania - jednym słowem przyjaźni - wśród podobnych sobie. Sir Lionel chce zostać przyjęty w poczet poważanych podróżników-odkrywców, a samotny Praziomek chce zostać przyjęty do społeczności swoich kuzynów, Yeti. Ku swojemu, i trochę naszemu, zaskoczeniu bohaterowie zaprzyjaźniają się i tworzą zgrany duet. W towarzystwie charakternej Adeliny Fortnight panowie przeżywają ekscytujące przygody podróżując przez pół świata - z zachodnich stanów Ameryki Północnej, przez Europę, do Himalajów w Azji. Podróż ta przypomina, jak żywo, historie z książek Verne'a. To jest pewnie kolejny powód, dla którego tak dobrze odebrałam ten film - bardzo lubię książki J. Verne'a, mając 12 - 15 lat zaczytywałam się w nich pasjami.
W warstwie fabularnej animacja ta jest raczej prosta - mamy już na początku powiedziane, kto z bohaterów jest postacią pozytywną, a kto negatywną i kto do jakich celów dąży. Relacje między bohaterami też są jasne i rozwijają się w logiczny sposób. Zakończenie jest tylko troszkę zaskakujące. Słowem - typowa animacja dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Z drugiej strony dostajemy też kilka żartów słownych i wizualnych, które załapią raczej dorośli niż dzieci. Całość jest tak zbalansowana aby podobała się młodszemu widzowi ale oferowała też coś widzowi dorosłemu.
W kwestiach technicznych twórcy filmu spisali się dobrze. Czasami zaskakują nas bardzo dobrze oddaną fakturą materiału marynarki, błota czy lodu, czasem animacja jest trochę mniej staranna ale generalnie trzyma przyzwoity poziom. Ze ścieżki dźwiękowej zapadła mi w pamięć chyba tylko piosenka lecąca na napisach końcowych - "Do-Dilly-Do (A Friend Like You)", która jest jednak bardzo przyjemna i, co najważniejsze, doskonale oddaje morał filmu, że przyjaźń można odnaleźć w najmniej oczekiwanym miejscu i okolicznościach.
Jeśli szukacie czegoś wartościowego do obejrzenia z dzieckiem lub, jak ja, macie sentyment do filmów tworzonych za pomocą animacji poklatkowej to "Praziomek" jest pozycją idealną dla was. Zabawny i inteligentny, wychwalający siłę prawdziwej przyjaźni. Wybierzcie się do kina nim film znikanie z ekranów. Z całego serca wam go polecam!
"Praziomek" jest opowieścią o przyjaźni aspirującego odkrywcy Sir Lionela Frosta i mitycznej Wielkiej Stopy zwanej też Praziomkiem lub Zuzią. Obaj bohaterowie szukają początkowo akceptacji, wsparcia, uznania - jednym słowem przyjaźni - wśród podobnych sobie. Sir Lionel chce zostać przyjęty w poczet poważanych podróżników-odkrywców, a samotny Praziomek chce zostać przyjęty do społeczności swoich kuzynów, Yeti. Ku swojemu, i trochę naszemu, zaskoczeniu bohaterowie zaprzyjaźniają się i tworzą zgrany duet. W towarzystwie charakternej Adeliny Fortnight panowie przeżywają ekscytujące przygody podróżując przez pół świata - z zachodnich stanów Ameryki Północnej, przez Europę, do Himalajów w Azji. Podróż ta przypomina, jak żywo, historie z książek Verne'a. To jest pewnie kolejny powód, dla którego tak dobrze odebrałam ten film - bardzo lubię książki J. Verne'a, mając 12 - 15 lat zaczytywałam się w nich pasjami.
W warstwie fabularnej animacja ta jest raczej prosta - mamy już na początku powiedziane, kto z bohaterów jest postacią pozytywną, a kto negatywną i kto do jakich celów dąży. Relacje między bohaterami też są jasne i rozwijają się w logiczny sposób. Zakończenie jest tylko troszkę zaskakujące. Słowem - typowa animacja dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Z drugiej strony dostajemy też kilka żartów słownych i wizualnych, które załapią raczej dorośli niż dzieci. Całość jest tak zbalansowana aby podobała się młodszemu widzowi ale oferowała też coś widzowi dorosłemu.
W kwestiach technicznych twórcy filmu spisali się dobrze. Czasami zaskakują nas bardzo dobrze oddaną fakturą materiału marynarki, błota czy lodu, czasem animacja jest trochę mniej staranna ale generalnie trzyma przyzwoity poziom. Ze ścieżki dźwiękowej zapadła mi w pamięć chyba tylko piosenka lecąca na napisach końcowych - "Do-Dilly-Do (A Friend Like You)", która jest jednak bardzo przyjemna i, co najważniejsze, doskonale oddaje morał filmu, że przyjaźń można odnaleźć w najmniej oczekiwanym miejscu i okolicznościach.
Jeśli szukacie czegoś wartościowego do obejrzenia z dzieckiem lub, jak ja, macie sentyment do filmów tworzonych za pomocą animacji poklatkowej to "Praziomek" jest pozycją idealną dla was. Zabawny i inteligentny, wychwalający siłę prawdziwej przyjaźni. Wybierzcie się do kina nim film znikanie z ekranów. Z całego serca wam go polecam!
wtorek, 14 maja 2019
"Kraina cudów" czeka na Was
zdjęcie ze strony film-base.pl
Zabłądziłam wczoraj do kina na film kierowany typowo dla dzieci, na "Krainę cudów". Co kilka tygodni oglądam jakąś animację, zazwyczaj dlatego, że ma dobre recenzje albo dlatego, że zwiastun wydaje mi się wyjątkowo interesujący. Tym razem poszłam na coś co już okrzyknięto klapą. Recenzje na Rotten Tomatoes dają "Krainie cudów" mniej niż 40% co można posumować jako "bieda z nędzą". A zwiastun, który był puszczany w kinie przed innymi filmami też nie powalał. Czyli co - półtorej godziny zmarnowane? Otóż nie.
Zacznijmy może od tego zwiastuna. Widziałam go kilka razy i nie powiedział mi on prawie nic o filmie poza tym, że to ma być film dla dzieci i że pojawi się w nim magiczny lunapark z gadającymi zwierzakami. To trochę mało jeśli weźmiemy pod uwagę, że do kin niemal co tydzień trafia jakaś animacja kierowana do dzieci i że często w tych animacjach dostajemy jakieś baśniowe krainy i gadające zwierzaki. Jeśli twórcy filmu chcą nam swój produkt sprzedać to powinni w zwiastunie czy na plakacie umieścić jakiś haczyk, który ściągnie widzów. Już nie raz się zdarzało, że kiepski film miał dobrą kampanię reklamową, dzięki czemu ściągnął widzów do kin już w pierwszych dniach wyświetlania i zarobił na siebie zanim kiepskie recenzje się rozeszły.
Na luksus oszczędnej kampanii reklamowej mało kto może sobie pozwolić. Może w wypadku filmów należących do znanej i lubianej franczyzy, takiej jak Star Wars, wystarczy pokazać cokolwiek, a widzowie i tak zwala się do kin. Sytuacją działającą na korzyść filmu są też zawsze znane nazwiska w obsadzie bo wtedy trochę ludzi pójdzie "na aktora" i bilety się sprzedadzą. Niestety "Kraina cudów" nie jest powiązana z żadną znaną marką i nie ma żadnych popularnych nazwisk w obsadzie. Zwiastun ludzi nie zainteresowała i do kina nie poszli. Na prawdę nie poszli - na seansie na którym ja byłam był jeszcze jakiś mężczyzna z około siedmioletnim chłopcem.
Jaka jest ta "Kraina cudów"? Prosta i przyjemna. Fabułę ze wszystkimi zwrotami akcji można streścić w kilku zdaniach. Ośmioletnia June razem ze swoją mamą buduje makietę magicznego lunaparku zwanego Krainą Cudów. Gdy mama zapada na ciężką chorobę i musi wyjechać (chyba do jakiejś kliniki) June przestaje się bawić Krainą Cudów i korzystać ze swojej przebogatej wyobraźni. Pewnego dnia June trafia do tajemniczego lasu w którym odnajduje Krainę Cudów, dokładnie taką, jak ją z mamą zbudowała, tylko, że w ruinie, jakby po jakimś kataklizmie. June, mając za towarzyszy grupkę uroczych gadających zwierzaków, odkrywa, że aby ponownie uruchomić lunapark musi się zmierzyć ze swoimi lękami, które wywołała choroba mamy. June, dzięki miłości do matki przywraca Krainie Cudów dawna świetność, wraca do domu pełna nadziei i zaraz potem zjawia się jej mama, cała i zdrowa. Koniec. Opowieść w sam raz dla dzieciaka w wieku 6 - 10 lat. Jest w niej trochę humoru, troszeczkę akcji, można się też wzruszyć. Skąd więc te kiepskie recenzje? Nie wiem.
Od strony technicznej film jest zrobiony dobrze - technika animacji jest w porządku, muzyka jest klimatyczna. Od strony fabularnej też jest ok - postaci dają się lubić, historia jest zrozumiała i ma sensowny morał. Widziałam całkiem sporo animacji gorszych niż ta. Ale z jakiegoś powodu to "Kraina Cudów" została napiętnowana jako ten kiepski film, na który nawet nie warto iść do kina.
Moi drodzy, jeśli macie dziecko, bratanicę, siostrzeńca lub małe kuzynostwo zabierzcie je do kina na "Krainę Cudów". Myślę, że jest duża szansa na to, że mile spędzicie czas. Film jest bardzo przyjazny młodemu widzowi (nie ma w nim durnego slapstiku ani żartów dla dorosłych o podtekście erotycznym lub politycznym), a i dorosły cierpiał na nim nie będzie. Dołóżcie swoją cegiełkę do tego, żeby ten sympatyczny film wyszedł na swoje i nie został kompletną klapą finansową.
Zabłądziłam wczoraj do kina na film kierowany typowo dla dzieci, na "Krainę cudów". Co kilka tygodni oglądam jakąś animację, zazwyczaj dlatego, że ma dobre recenzje albo dlatego, że zwiastun wydaje mi się wyjątkowo interesujący. Tym razem poszłam na coś co już okrzyknięto klapą. Recenzje na Rotten Tomatoes dają "Krainie cudów" mniej niż 40% co można posumować jako "bieda z nędzą". A zwiastun, który był puszczany w kinie przed innymi filmami też nie powalał. Czyli co - półtorej godziny zmarnowane? Otóż nie.
Zacznijmy może od tego zwiastuna. Widziałam go kilka razy i nie powiedział mi on prawie nic o filmie poza tym, że to ma być film dla dzieci i że pojawi się w nim magiczny lunapark z gadającymi zwierzakami. To trochę mało jeśli weźmiemy pod uwagę, że do kin niemal co tydzień trafia jakaś animacja kierowana do dzieci i że często w tych animacjach dostajemy jakieś baśniowe krainy i gadające zwierzaki. Jeśli twórcy filmu chcą nam swój produkt sprzedać to powinni w zwiastunie czy na plakacie umieścić jakiś haczyk, który ściągnie widzów. Już nie raz się zdarzało, że kiepski film miał dobrą kampanię reklamową, dzięki czemu ściągnął widzów do kin już w pierwszych dniach wyświetlania i zarobił na siebie zanim kiepskie recenzje się rozeszły.
Na luksus oszczędnej kampanii reklamowej mało kto może sobie pozwolić. Może w wypadku filmów należących do znanej i lubianej franczyzy, takiej jak Star Wars, wystarczy pokazać cokolwiek, a widzowie i tak zwala się do kin. Sytuacją działającą na korzyść filmu są też zawsze znane nazwiska w obsadzie bo wtedy trochę ludzi pójdzie "na aktora" i bilety się sprzedadzą. Niestety "Kraina cudów" nie jest powiązana z żadną znaną marką i nie ma żadnych popularnych nazwisk w obsadzie. Zwiastun ludzi nie zainteresowała i do kina nie poszli. Na prawdę nie poszli - na seansie na którym ja byłam był jeszcze jakiś mężczyzna z około siedmioletnim chłopcem.
Jaka jest ta "Kraina cudów"? Prosta i przyjemna. Fabułę ze wszystkimi zwrotami akcji można streścić w kilku zdaniach. Ośmioletnia June razem ze swoją mamą buduje makietę magicznego lunaparku zwanego Krainą Cudów. Gdy mama zapada na ciężką chorobę i musi wyjechać (chyba do jakiejś kliniki) June przestaje się bawić Krainą Cudów i korzystać ze swojej przebogatej wyobraźni. Pewnego dnia June trafia do tajemniczego lasu w którym odnajduje Krainę Cudów, dokładnie taką, jak ją z mamą zbudowała, tylko, że w ruinie, jakby po jakimś kataklizmie. June, mając za towarzyszy grupkę uroczych gadających zwierzaków, odkrywa, że aby ponownie uruchomić lunapark musi się zmierzyć ze swoimi lękami, które wywołała choroba mamy. June, dzięki miłości do matki przywraca Krainie Cudów dawna świetność, wraca do domu pełna nadziei i zaraz potem zjawia się jej mama, cała i zdrowa. Koniec. Opowieść w sam raz dla dzieciaka w wieku 6 - 10 lat. Jest w niej trochę humoru, troszeczkę akcji, można się też wzruszyć. Skąd więc te kiepskie recenzje? Nie wiem.
Od strony technicznej film jest zrobiony dobrze - technika animacji jest w porządku, muzyka jest klimatyczna. Od strony fabularnej też jest ok - postaci dają się lubić, historia jest zrozumiała i ma sensowny morał. Widziałam całkiem sporo animacji gorszych niż ta. Ale z jakiegoś powodu to "Kraina Cudów" została napiętnowana jako ten kiepski film, na który nawet nie warto iść do kina.
Moi drodzy, jeśli macie dziecko, bratanicę, siostrzeńca lub małe kuzynostwo zabierzcie je do kina na "Krainę Cudów". Myślę, że jest duża szansa na to, że mile spędzicie czas. Film jest bardzo przyjazny młodemu widzowi (nie ma w nim durnego slapstiku ani żartów dla dorosłych o podtekście erotycznym lub politycznym), a i dorosły cierpiał na nim nie będzie. Dołóżcie swoją cegiełkę do tego, żeby ten sympatyczny film wyszedł na swoje i nie został kompletną klapą finansową.
środa, 1 maja 2019
Pstryk! Miliard dolarów zarobku w jeden weekend.
zdjęcie ze strony coomingsoon.net
Pstryk! Po pierwszym weekendzie wyświetlania "Avengers: Koniec gry" zarobiło ponad miliard dolarów. Ładna sumka, prawda? Muszę wam powiedzieć, że, nawet przy całym moim entuzjazmie, takiego wyniku finansowego najnowszego filmu MCU się nie spodziewałam. Nikt się tego nie spodziewał.
Rzućmy po raz kolejny kilkoma liczbami. "Avengers: Koniec gry" jest, niespełna tydzień po premierze, siedemnastym najlepiej zarabiającym filmem w światowym box office. Możemy śmiało zakładać, że w ciągu swojego runu wejdzie na spokojnie do pierwszej trójki najlepiej zarabiających filmów. "Koniec gry" jest obecnie piątą najlepiej zarabiającą produkcją Marvela i szóstym najlepiej zarabiającym filmem superhero. Zaznaczmy jeszcze raz - "Avengers: Koniec gry" dopiero co miało swoją premierę i za tydzień czy miesiąc będzie w tych zestawieniach o wiele wyżej.
Ktoś mógłby powiedzieć - to tylko pieniądze. Prawda jest jednak taka, że zarobki filmu czyli ilu widzów wybrało się na film i ile wydali pieniędzy na bilety jest najprostszym miernikiem sukcesu filmu. Oczywiście zdarzają się filmy mało ambitne, które zarabiają duże pieniądze (tak jak choćby filmy z serii "Szybcy i wściekli"), jaki i filmy bardzo udane, które tracą pieniądze (doskonały przykład to nieodżałowany "Blade Runner 2049"). Tylko, że w wypadku "Avengers: Koniec gry" niesamowicie wysokie zarobki idą w parze z bardzo przychylnymi ocenami krytyków - 95% pozytywnych recenzji na portalu Rotten Tomatoes. Możemy więc nazwać "Koniec gry" filmem udanym i bardzo dobrze przyjętym.
W jaki sposób najnowsza produkcja MCU osiągnęła taki sukces? Lata budowania uniwersum. Każdy film, mniej czy bardziej udany, ściągał widzów do kina aby mogli obejrzeć przygody swoich ulubionych bohaterów - Iron Mana, Thora, Kapitana Ameryki, Strażników Galaktyki, Ant-Mana i wielu innych. Nawet jeśli któraś produkcja MCU okazywała się mniej udana szybko to wybaczaliśmy i wracaliśmy bo Tony Stark taki uroczy, Steve Rogers taki dzielny, Thor taki boski, a Strażnicy mają między sobą świetna chemię. Jednocześnie filmy MCU utrzymywały zawsze wysoki poziom jeśli chodzi o stronę techniczną produkcji - zdjęcia, muzyka, montaż, efekty specjalne, aktorstwo. Takie to proste i trudne zarazem.
DC EU nie udało się tego prostego przepisu na sukces wprowadzić w życie i, po tym jak ich pierwsze filmy nie spotkały się ze zbyt ciepłym przyjęciem, dopiero teraz odbijają się od dna "Aquamanem" i "Shazamem". To trochę ironiczne, że marka, której flagowymi postaciami są Batman i Superman nie dała rady na tych bohaterach zbudować uniwersum, a ich filmy osiągające sukces oparte są na postaciach zdecydowanie mniej popularnych. Z kolei uniwersum X-Men od Foxa zbudowało sobie na tyle dużą bazę fanów, żeby przez dobrych kilkanaście lat ich kolejne filmy zarabiały na siebie. Z recenzjami filmów o mutantach było różnie ale koniec końców nawet takie porażki jak "X-Men Origins: Wolverine" nie dały rady zniszczyć tej marki i jej kres wyznaczył dopiero zakup Foxa przez Disney'a. Jeszcze tylko dwa filmy - "X-Men: Mroczna Feniks" oraz "The New Mutants", a potem pozostanie nam czekać na reboot marki pod nową banderą.
Marvel Cinematic Univers udało się to to nie udało się Foxowi czy twórcom DC EU - przywiązali nas do konkretnych bohaterów, tak, że latami śledzimy wiernie ich losy. Śmiejemy się, płaczemy i wzruszamy się razem z nimi. To trochę jak z bohaterami filmów z serii "Star Wars" tylko, że ten proces przebiegł szybciej i intensywniej. "Gwiezdne Wojny" budowały swój fenomen przez prawie czterdzieści lat nie tylko za pomocą filmów ale też seriali, książek i komiksów. MCU to jedenaście lat i dwadzieścia dwa filmy. Owszem, istnieją seriale oraz komiksy luźno i niezobowiązująco powiązane z MCU, na granicy kanonu, można by powiedzieć. Ale rdzeniem fenomenu są filmy i występujące w nich postaci. Postaci, którymi otaczamy się także wtedy, gdy opuszczamy salę kinową czy wyłączamy komputer, na którym oglądaliśmy film. Postaci, które patrzą na nas z plakatów, koszulek, kubeczków, butelek z wodą mineralną, które pojawiają się w reklamach. Które są elementem naszego codziennego życia.
Ja swoje parę złotych do wyniku finansowego "Avengers: Koniec gry" już dołożyłam. I dołożę jeszcze więcej. A jestem tylko jedną z milionów osób, które stwierdziły, że warto zobaczyć ten film, to wydarzenie popkulturalne, i to więcej niż jeden raz. A czy wy wybieracie się do kina?
P.S. Recenzja spoilerowa "Avengers: Koniec gry" pojawi się lada dzień.
Pstryk! Po pierwszym weekendzie wyświetlania "Avengers: Koniec gry" zarobiło ponad miliard dolarów. Ładna sumka, prawda? Muszę wam powiedzieć, że, nawet przy całym moim entuzjazmie, takiego wyniku finansowego najnowszego filmu MCU się nie spodziewałam. Nikt się tego nie spodziewał.
Rzućmy po raz kolejny kilkoma liczbami. "Avengers: Koniec gry" jest, niespełna tydzień po premierze, siedemnastym najlepiej zarabiającym filmem w światowym box office. Możemy śmiało zakładać, że w ciągu swojego runu wejdzie na spokojnie do pierwszej trójki najlepiej zarabiających filmów. "Koniec gry" jest obecnie piątą najlepiej zarabiającą produkcją Marvela i szóstym najlepiej zarabiającym filmem superhero. Zaznaczmy jeszcze raz - "Avengers: Koniec gry" dopiero co miało swoją premierę i za tydzień czy miesiąc będzie w tych zestawieniach o wiele wyżej.
Ktoś mógłby powiedzieć - to tylko pieniądze. Prawda jest jednak taka, że zarobki filmu czyli ilu widzów wybrało się na film i ile wydali pieniędzy na bilety jest najprostszym miernikiem sukcesu filmu. Oczywiście zdarzają się filmy mało ambitne, które zarabiają duże pieniądze (tak jak choćby filmy z serii "Szybcy i wściekli"), jaki i filmy bardzo udane, które tracą pieniądze (doskonały przykład to nieodżałowany "Blade Runner 2049"). Tylko, że w wypadku "Avengers: Koniec gry" niesamowicie wysokie zarobki idą w parze z bardzo przychylnymi ocenami krytyków - 95% pozytywnych recenzji na portalu Rotten Tomatoes. Możemy więc nazwać "Koniec gry" filmem udanym i bardzo dobrze przyjętym.
W jaki sposób najnowsza produkcja MCU osiągnęła taki sukces? Lata budowania uniwersum. Każdy film, mniej czy bardziej udany, ściągał widzów do kina aby mogli obejrzeć przygody swoich ulubionych bohaterów - Iron Mana, Thora, Kapitana Ameryki, Strażników Galaktyki, Ant-Mana i wielu innych. Nawet jeśli któraś produkcja MCU okazywała się mniej udana szybko to wybaczaliśmy i wracaliśmy bo Tony Stark taki uroczy, Steve Rogers taki dzielny, Thor taki boski, a Strażnicy mają między sobą świetna chemię. Jednocześnie filmy MCU utrzymywały zawsze wysoki poziom jeśli chodzi o stronę techniczną produkcji - zdjęcia, muzyka, montaż, efekty specjalne, aktorstwo. Takie to proste i trudne zarazem.
DC EU nie udało się tego prostego przepisu na sukces wprowadzić w życie i, po tym jak ich pierwsze filmy nie spotkały się ze zbyt ciepłym przyjęciem, dopiero teraz odbijają się od dna "Aquamanem" i "Shazamem". To trochę ironiczne, że marka, której flagowymi postaciami są Batman i Superman nie dała rady na tych bohaterach zbudować uniwersum, a ich filmy osiągające sukces oparte są na postaciach zdecydowanie mniej popularnych. Z kolei uniwersum X-Men od Foxa zbudowało sobie na tyle dużą bazę fanów, żeby przez dobrych kilkanaście lat ich kolejne filmy zarabiały na siebie. Z recenzjami filmów o mutantach było różnie ale koniec końców nawet takie porażki jak "X-Men Origins: Wolverine" nie dały rady zniszczyć tej marki i jej kres wyznaczył dopiero zakup Foxa przez Disney'a. Jeszcze tylko dwa filmy - "X-Men: Mroczna Feniks" oraz "The New Mutants", a potem pozostanie nam czekać na reboot marki pod nową banderą.
Marvel Cinematic Univers udało się to to nie udało się Foxowi czy twórcom DC EU - przywiązali nas do konkretnych bohaterów, tak, że latami śledzimy wiernie ich losy. Śmiejemy się, płaczemy i wzruszamy się razem z nimi. To trochę jak z bohaterami filmów z serii "Star Wars" tylko, że ten proces przebiegł szybciej i intensywniej. "Gwiezdne Wojny" budowały swój fenomen przez prawie czterdzieści lat nie tylko za pomocą filmów ale też seriali, książek i komiksów. MCU to jedenaście lat i dwadzieścia dwa filmy. Owszem, istnieją seriale oraz komiksy luźno i niezobowiązująco powiązane z MCU, na granicy kanonu, można by powiedzieć. Ale rdzeniem fenomenu są filmy i występujące w nich postaci. Postaci, którymi otaczamy się także wtedy, gdy opuszczamy salę kinową czy wyłączamy komputer, na którym oglądaliśmy film. Postaci, które patrzą na nas z plakatów, koszulek, kubeczków, butelek z wodą mineralną, które pojawiają się w reklamach. Które są elementem naszego codziennego życia.
Ja swoje parę złotych do wyniku finansowego "Avengers: Koniec gry" już dołożyłam. I dołożę jeszcze więcej. A jestem tylko jedną z milionów osób, które stwierdziły, że warto zobaczyć ten film, to wydarzenie popkulturalne, i to więcej niż jeden raz. A czy wy wybieracie się do kina?
P.S. Recenzja spoilerowa "Avengers: Koniec gry" pojawi się lada dzień.
piątek, 26 kwietnia 2019
Don't spoil the Endgame - pierwsze wrażenia z "Avengers: Koniec gry"
zdjęcie ze strony zodab.com
Czekałam, czekałam i się doczekałam. Mini maraton "Avengers: Wojna bez granic" i "Avengers: Koniec gry" już za mną. Co to były za emocje! Mimo, że "Wojnę bez granic" oglądałam już chyba ósmy raz, to po raz kolejny miałam wilgotne policzki gdy moi ukochani bohaterowie ginęli. Mimo, że znam film scena po scenie to po raz kolejny pisnęłam z emocji gdy Thor otworzył Biefrost na polach Wakandy i jednym machnięciem Stormbreakera ubił kilka tuzinów outreiderów krzycząc "Bring me Thanos!" A był to dopiero aperitif do tego, co zaserwował mi "Koniec gry". Co zaserwował wszystkim widzom bo sala kinowa zajęta była do ostatniego miejsca i chyba każdy z widzów był dość mocno podekscytowany.
Już pierwsze trzy minuty "Avengers: Koniec gry" uderzyły nas w bebechy. Sielska, niewinna scenka zmieniająca się w koszmar i przetaczający się po sali pomruk "O nie, tylko nie to...", "O, k****…". A potem były chichoty i głośny śmiech, popłakiwanie, okrzyki, podskakiwanie na fotelach, oklaski. Podczas pewnej sceny już pod koniec filmu ktoś wręcz wrzasnął "Yes!". Karuzela emocji, która nas niosła przez calutkie trzy godziny.
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wybiera się na najnowszych "Avengers" w nadchodzący weekend lub nawet dopiero w długi weekend majowy. Bardzo chcę oszczędzić tym osobom spoilerów bo niektórzy są mocno na nie wrażliwi, a film tak wiele razy zaskakuje, że nie chcę wam tych niespodzianek odbierać. Zresztą materiały promocyjne (zwiastny i plakaty) "Avengers: Koniec gry" ukazywały nam w znakomitej większości pierwsze 20-30 minut filmu. Tą decyzję twórców filmu uważam za trafną i popieram. Więc w mojej recenzji spoilerów nie znajdziecie.
O czy można mówić w ogóle nie dotykając spoilerów? Mogę wam powiedzieć, że film, jak prawie każdy obraz MCU, pod względem technicznym jest mocno dopieszczony. Aktorstwo, zdjęcia, muzyka, efekty specjalne, montaż są na najwyższym poziomie. W każdej scenie czuć ogrom pracy twórców filmu i te zainwestowane setki milionów dolarów. Jeśli więc interesuje was czy film wygląda i brzmi jak na solidny blockbuster przystało to tak, jak najbardziej. Ja widziałam film w formacie 2D ale myślę, że w technologii 3D lub IMAX wrażenia będą jeszcze intensywniejsze.
O fabule, siłą rzeczy, nie powiem zbyt wiele. Sądzę, że nie będzie spoilerem jeśli napiszę, że nasza oryginalna szóstka Avengers próbuje sobie poradzić ze skutkami pstryknięcia Thanosa czyli ze swoją porażką. Nie tyle z fizycznymi skutkami zniknięcia połowy ludzkości, co z emocjonalnym ciężarem tego wydarzenia. Każde z nich reaguje trochę inaczej. Ale ich reakcje nie biorą się znikąd, a są konsekwencją rozwijania tych postaci w poprzednich filmach, od pierwszych "Avengers", a właściwie od pierwszego Irona Mana" do dziś.
Największym atutem tego filmu jest to, że możemy znowu zobaczyć naszych ukochanych bohaterów, z którymi jesteśmy od ponad dekady i przebyć z nimi ten ostatni etap drogi. Ostatni na tę chwilę dodajmy. Bo oczywiście wiemy, że MCU będzie istnieć dalej i dostaniemy kolejne filmy za rok, dwa lata, trzy lata... Ale pewien etap się zakończył i w tym filmie mocno to można odczuć.
Czy w filmie było dość scen akcji? Absolutnie. Czy był humor? Więcej niż się spodziewałam. Czy dostaliśmy chwilę wzruszenia? Mnóstwo. Czy nudziłam się choć przez chwilę. Nie. Film utrzymał mnie na skraju fotela przez równe trzy godziny. Śmiem postawić teorię, że na seansie nikt się nie nudził. Dla każdego widza obejrzenie tego filmu było wielkim wydarzeniem. Czy to oznacza, że "Avengers: Koniec gry" jest najlepszym filmem MCU czy nawet najlepszym filmem rozrywkowym wszechczasów? Dla nas w tamtym momencie tym właśnie był. Choć obiektywnie patrząc film miał swoje wady, a dla kogoś, kto nie jest zbyt wielkim fanem Marvela może się wydawać miejscami niezrozumiały i nużący.
Nie wdając się w szczegóły muszę wam powiedzieć, że "Avengers: Koniec gry" pełne jest odniesień do poprzednich filmów MCU. Czasami są to powroty nie zamkniętych dotąd wątków sprzed lat, czasami układ wizualny jakiejś sceny lub rzucony oneliner. Mi mnóstwo radości sprawiało odkrywanie, że dana scena jest bardzo podobna do pamiętnej sceny z "Zimowego żołnierza" lub, że mogę sobie zerknąć na scenę będącą bezpośrednim łącznikiem między wątkami z "Avengers", a "Avengers: Czas Ultrona". Miło było zobaczyć znowu na ekranie pewne postaci drugo czy trzecioplanowe z wcześniejszych filmów. Było tego mnóstwo i musicie to wszystko sami odkryć.
Uwierzcie mi, że trudno pisać tak zdawkowo o filmie, który wywołał u mnie istny huragan emocji. Bardzo chciałabym pozachwycać się jak to ten bohater w tej scenie absolutnie wymiatał. Albo jak zabawny i wzruszający za razem był wątek innego bohatera. Chciałabym już sobie pospekulować, czy tego bohatera jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Lub czy ten inny bohater dostanie swój solowy film czy odtąd będzie się pojawiał tylko jako postać tła w filmach grupowych. Chciałabym, a nie mogę bo hasłem przewodnim tego wpisu jest #Don'tSpoilTheEndgame. Interenet i tak zaczynają zalewać spoilery.
Już cieszę się na kolejny seans "Avengers: Koniec gry" na który wybiorę się być może nawet dziś. A was zachęcam żebyście w najbliższym możliwym terminie pobiegli do kina i sami przeżyli te wszystkie emocje. Zwłaszcza jeśli jesteście fanami filmów Marvela. Warto, na prawdę watro.
Czekałam, czekałam i się doczekałam. Mini maraton "Avengers: Wojna bez granic" i "Avengers: Koniec gry" już za mną. Co to były za emocje! Mimo, że "Wojnę bez granic" oglądałam już chyba ósmy raz, to po raz kolejny miałam wilgotne policzki gdy moi ukochani bohaterowie ginęli. Mimo, że znam film scena po scenie to po raz kolejny pisnęłam z emocji gdy Thor otworzył Biefrost na polach Wakandy i jednym machnięciem Stormbreakera ubił kilka tuzinów outreiderów krzycząc "Bring me Thanos!" A był to dopiero aperitif do tego, co zaserwował mi "Koniec gry". Co zaserwował wszystkim widzom bo sala kinowa zajęta była do ostatniego miejsca i chyba każdy z widzów był dość mocno podekscytowany.
Już pierwsze trzy minuty "Avengers: Koniec gry" uderzyły nas w bebechy. Sielska, niewinna scenka zmieniająca się w koszmar i przetaczający się po sali pomruk "O nie, tylko nie to...", "O, k****…". A potem były chichoty i głośny śmiech, popłakiwanie, okrzyki, podskakiwanie na fotelach, oklaski. Podczas pewnej sceny już pod koniec filmu ktoś wręcz wrzasnął "Yes!". Karuzela emocji, która nas niosła przez calutkie trzy godziny.
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wybiera się na najnowszych "Avengers" w nadchodzący weekend lub nawet dopiero w długi weekend majowy. Bardzo chcę oszczędzić tym osobom spoilerów bo niektórzy są mocno na nie wrażliwi, a film tak wiele razy zaskakuje, że nie chcę wam tych niespodzianek odbierać. Zresztą materiały promocyjne (zwiastny i plakaty) "Avengers: Koniec gry" ukazywały nam w znakomitej większości pierwsze 20-30 minut filmu. Tą decyzję twórców filmu uważam za trafną i popieram. Więc w mojej recenzji spoilerów nie znajdziecie.
O czy można mówić w ogóle nie dotykając spoilerów? Mogę wam powiedzieć, że film, jak prawie każdy obraz MCU, pod względem technicznym jest mocno dopieszczony. Aktorstwo, zdjęcia, muzyka, efekty specjalne, montaż są na najwyższym poziomie. W każdej scenie czuć ogrom pracy twórców filmu i te zainwestowane setki milionów dolarów. Jeśli więc interesuje was czy film wygląda i brzmi jak na solidny blockbuster przystało to tak, jak najbardziej. Ja widziałam film w formacie 2D ale myślę, że w technologii 3D lub IMAX wrażenia będą jeszcze intensywniejsze.
O fabule, siłą rzeczy, nie powiem zbyt wiele. Sądzę, że nie będzie spoilerem jeśli napiszę, że nasza oryginalna szóstka Avengers próbuje sobie poradzić ze skutkami pstryknięcia Thanosa czyli ze swoją porażką. Nie tyle z fizycznymi skutkami zniknięcia połowy ludzkości, co z emocjonalnym ciężarem tego wydarzenia. Każde z nich reaguje trochę inaczej. Ale ich reakcje nie biorą się znikąd, a są konsekwencją rozwijania tych postaci w poprzednich filmach, od pierwszych "Avengers", a właściwie od pierwszego Irona Mana" do dziś.
Największym atutem tego filmu jest to, że możemy znowu zobaczyć naszych ukochanych bohaterów, z którymi jesteśmy od ponad dekady i przebyć z nimi ten ostatni etap drogi. Ostatni na tę chwilę dodajmy. Bo oczywiście wiemy, że MCU będzie istnieć dalej i dostaniemy kolejne filmy za rok, dwa lata, trzy lata... Ale pewien etap się zakończył i w tym filmie mocno to można odczuć.
Czy w filmie było dość scen akcji? Absolutnie. Czy był humor? Więcej niż się spodziewałam. Czy dostaliśmy chwilę wzruszenia? Mnóstwo. Czy nudziłam się choć przez chwilę. Nie. Film utrzymał mnie na skraju fotela przez równe trzy godziny. Śmiem postawić teorię, że na seansie nikt się nie nudził. Dla każdego widza obejrzenie tego filmu było wielkim wydarzeniem. Czy to oznacza, że "Avengers: Koniec gry" jest najlepszym filmem MCU czy nawet najlepszym filmem rozrywkowym wszechczasów? Dla nas w tamtym momencie tym właśnie był. Choć obiektywnie patrząc film miał swoje wady, a dla kogoś, kto nie jest zbyt wielkim fanem Marvela może się wydawać miejscami niezrozumiały i nużący.
Nie wdając się w szczegóły muszę wam powiedzieć, że "Avengers: Koniec gry" pełne jest odniesień do poprzednich filmów MCU. Czasami są to powroty nie zamkniętych dotąd wątków sprzed lat, czasami układ wizualny jakiejś sceny lub rzucony oneliner. Mi mnóstwo radości sprawiało odkrywanie, że dana scena jest bardzo podobna do pamiętnej sceny z "Zimowego żołnierza" lub, że mogę sobie zerknąć na scenę będącą bezpośrednim łącznikiem między wątkami z "Avengers", a "Avengers: Czas Ultrona". Miło było zobaczyć znowu na ekranie pewne postaci drugo czy trzecioplanowe z wcześniejszych filmów. Było tego mnóstwo i musicie to wszystko sami odkryć.
Uwierzcie mi, że trudno pisać tak zdawkowo o filmie, który wywołał u mnie istny huragan emocji. Bardzo chciałabym pozachwycać się jak to ten bohater w tej scenie absolutnie wymiatał. Albo jak zabawny i wzruszający za razem był wątek innego bohatera. Chciałabym już sobie pospekulować, czy tego bohatera jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Lub czy ten inny bohater dostanie swój solowy film czy odtąd będzie się pojawiał tylko jako postać tła w filmach grupowych. Chciałabym, a nie mogę bo hasłem przewodnim tego wpisu jest #Don'tSpoilTheEndgame. Interenet i tak zaczynają zalewać spoilery.
Już cieszę się na kolejny seans "Avengers: Koniec gry" na który wybiorę się być może nawet dziś. A was zachęcam żebyście w najbliższym możliwym terminie pobiegli do kina i sami przeżyli te wszystkie emocje. Zwłaszcza jeśli jesteście fanami filmów Marvela. Warto, na prawdę watro.
środa, 24 kwietnia 2019
"We are in endgame now" - w przeddzień premiery "Avengers: Koniec gry"
zdjęcie ze strony static3.buissnesinsider.com
Kończy się kwiecień, wiosna rozkwita za oknem, dopiero co przeżywaliśmy Święta Wielkanocne. Dla fanów komiksów i kina superbohaterskiego nadeszło ich własne święto - premiera filmu "Avengers: Koniec gry". Już pojutrze odbędzie się oficjalna światowa premiera zwieńczenia cyklu "Infinity Saga" bo tak teraz są nazywane filmy Marvela z lat 2008 - 2019. W związku z tym chcę napisać o kilku przemyśleniach i ciekawostkach związanych z filmami MCU.
Zacznijmy od... końca. "Avengers: Koniec gry" jest najdłuższym filmem MCU gdyż czas jego trwania to trzy godziny. Wszystkie dotychczasowe filmy trwały około dwóch godzin, lub nieznacznie te dwie godziny przekraczały. Wyjątkiem pod tym względem było tylko "Avengers: Wojna bez granic", które trwało ponad dwie i pół godziny. Filmu jeszcze nie widziałam ale biorąc pod uwagę, że "Avengers: Koniec gry" podsumowuje ponad dziesięć lat MCU to materiału na te trzy godziny mamy więcej niż dość.
"Avengers: Koniec gry" jest dwudziestym drugim filmem Marvel Cinematic Universe ale nie jest to ostatni film trzeciej fazy. Ostatnim będzie "Spider-Man: Far from Home", który do kin wejdzie za niespełna trzy miesiące. I biorąc pod uwagę wszystkie te filmy to chyba możemy powiedzieć, że filmy MCU to najdłuższy współczesny cykl filmowy, w którym poszczególne obrazy są powiązane ze sobą, raz mocniej, raz słabiej ale jednak. Filmy MCU tworzą coś w rodzaju serialu kinowego.
Robert Downey Jr. jest obecnie tym aktorem, który wciela się najdłużej w swoją rolę w filmach MCU. Od jedenastu lat swoim urokiem podbija serca fanów jako Tony Stark/Iron Man. Wystąpił dotychczas (uwzględniając cameo) w dziewięciu filmach Marvela. Podobnie Samuel L. Jackson wcielający się w postać Nicka Fury'ego od jedenastu lat. Wystąpił on w dziewięciu filmach MCU ale były to częściej cameo niż role istotne dla fabuły. Chris Evans gra postać Steva Rogersa/Kapitana Ameryki trochę krócej bo od 2011 ale zdążył w tym czasie zaliczyć aż dziesięć występów w produkcjach Marvela. I znowu były to w dużej części cameo lub sceny po napisach. Te "statystyki" wyglądają dość imponująco, nieprawdaż? Aż chce się je porównać do rekordzistów - Hugh Jackmana i Patricka Stewarta, którzy wystąpili w mniejszej liczbie filmów z serii "X-Men" ale za to grali swoje postaci - Wolverina i Profesora X - przez ponad szesnaście lat.
Podejdźmy do fenomenu filmów Marvela od innej strony. Czy wiecie ile filmów od Marvela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających filmów? Cztery filmy, a najrentowniejszy z nich jest na miejscu czwartym tej listy. A ile filmów MCU zarobiło ponad miliard dolarów? Siedem, w tym film z kobietą w tytułowej roli czyli "Kapitan Marvel" oraz z film z czarnoskórym głównym bohaterem czyli "Black Panther". Wystarczy krótki rzut oka na te dane by stwierdzić, że kino superbohaterskie ma się dobrze. Publiczność chce nowych filmów o "rajtuziarzach", które nie koniecznie będą kolejnymi wersjami przygód Supermana, Batmana czy Spider-Mana bo inkarnacji tych najpopularniejszych bohaterów mieliśmy już sporo.
"Avengers: Koniec gry" jest pierwszym filmem MCU, którego premiera odbędzie się niemal równocześnie na całym świecie. W niemalże wszystkich krajach najnowszy film ze stajni MCU ma premierę od 24 do 26 kwietnia. Tylko w Rosji premiera została zapowiedziana na 29 kwietnia. Jest to bardzo ciekawa sytuacja gdyż normalne jest to, że filmy, także wielkie blockbustery wchodzą do kin na całym świecie w różnych terminach. Oczekiwania widzów, którzy chcą jak najszybciej zobaczyć dany film to jedno ale interes dystrybutora, któremu opłaca się (lub nie) film wypuścić w danym kraju zaraz po premierze to drugie. Czasami takie szybkie wypuszczenie filmu w premierowy weekend się nie opłaca. Weźmy choćby film "Ant-man ant the Wasp", który do kin w Polsce wszedł miesiąc po światowej premierze ze względu na chętnie oglądane u nas mistrzostwa w piłce nożnej (nasza reprezentacja i tak nic nie ugrała ale cóż...).
"Avengers" udało się usunąć w cień inne wydarzenia popkulturalne więc w nadchodzący weekend ko żyw pobiegnie do kin na najnowszy film Marvela. A przynajmniej osoby, które choć trochę interesują się kinem superbohaterskim. Oraz rodziny z dziećmi. Oraz nastolatkowie. Oraz wielbiciele komiksów. Hm, myślę, że uzbiera się całkiem spora widownia. I nawet nie musze przypuszczać czy zgadywać bo już sprawdziłam, że najlepsze bilety na pierwsze seanse "Avengers" już zostały wyprzedane.
Ja od ponad tygodnia nie oglądam nowych spotów promocyjnych, kolejnych zdjęć i plakatów. Moje podekscytowanie (myślę, że nie tylko moje) sięgnęło szczytu już na początku kwietnia gdy rozpoczęła się przedsprzedaż biletów na "Avengers: Koniec gry" i gdy wyszedł ostatni zwiastun filmu. Zrobiłam sobie powtórkę części filmów MCU, obejrzałam trochę filmików z teoriami/przypuszczeniami na temat fabuły "Avengers: Koniec gry". A teraz tylko czekam. Od przedpremierowego seansu dzieli mnie już tylko kilka godzin...
Kończy się kwiecień, wiosna rozkwita za oknem, dopiero co przeżywaliśmy Święta Wielkanocne. Dla fanów komiksów i kina superbohaterskiego nadeszło ich własne święto - premiera filmu "Avengers: Koniec gry". Już pojutrze odbędzie się oficjalna światowa premiera zwieńczenia cyklu "Infinity Saga" bo tak teraz są nazywane filmy Marvela z lat 2008 - 2019. W związku z tym chcę napisać o kilku przemyśleniach i ciekawostkach związanych z filmami MCU.
Zacznijmy od... końca. "Avengers: Koniec gry" jest najdłuższym filmem MCU gdyż czas jego trwania to trzy godziny. Wszystkie dotychczasowe filmy trwały około dwóch godzin, lub nieznacznie te dwie godziny przekraczały. Wyjątkiem pod tym względem było tylko "Avengers: Wojna bez granic", które trwało ponad dwie i pół godziny. Filmu jeszcze nie widziałam ale biorąc pod uwagę, że "Avengers: Koniec gry" podsumowuje ponad dziesięć lat MCU to materiału na te trzy godziny mamy więcej niż dość.
"Avengers: Koniec gry" jest dwudziestym drugim filmem Marvel Cinematic Universe ale nie jest to ostatni film trzeciej fazy. Ostatnim będzie "Spider-Man: Far from Home", który do kin wejdzie za niespełna trzy miesiące. I biorąc pod uwagę wszystkie te filmy to chyba możemy powiedzieć, że filmy MCU to najdłuższy współczesny cykl filmowy, w którym poszczególne obrazy są powiązane ze sobą, raz mocniej, raz słabiej ale jednak. Filmy MCU tworzą coś w rodzaju serialu kinowego.
Robert Downey Jr. jest obecnie tym aktorem, który wciela się najdłużej w swoją rolę w filmach MCU. Od jedenastu lat swoim urokiem podbija serca fanów jako Tony Stark/Iron Man. Wystąpił dotychczas (uwzględniając cameo) w dziewięciu filmach Marvela. Podobnie Samuel L. Jackson wcielający się w postać Nicka Fury'ego od jedenastu lat. Wystąpił on w dziewięciu filmach MCU ale były to częściej cameo niż role istotne dla fabuły. Chris Evans gra postać Steva Rogersa/Kapitana Ameryki trochę krócej bo od 2011 ale zdążył w tym czasie zaliczyć aż dziesięć występów w produkcjach Marvela. I znowu były to w dużej części cameo lub sceny po napisach. Te "statystyki" wyglądają dość imponująco, nieprawdaż? Aż chce się je porównać do rekordzistów - Hugh Jackmana i Patricka Stewarta, którzy wystąpili w mniejszej liczbie filmów z serii "X-Men" ale za to grali swoje postaci - Wolverina i Profesora X - przez ponad szesnaście lat.
Podejdźmy do fenomenu filmów Marvela od innej strony. Czy wiecie ile filmów od Marvela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających filmów? Cztery filmy, a najrentowniejszy z nich jest na miejscu czwartym tej listy. A ile filmów MCU zarobiło ponad miliard dolarów? Siedem, w tym film z kobietą w tytułowej roli czyli "Kapitan Marvel" oraz z film z czarnoskórym głównym bohaterem czyli "Black Panther". Wystarczy krótki rzut oka na te dane by stwierdzić, że kino superbohaterskie ma się dobrze. Publiczność chce nowych filmów o "rajtuziarzach", które nie koniecznie będą kolejnymi wersjami przygód Supermana, Batmana czy Spider-Mana bo inkarnacji tych najpopularniejszych bohaterów mieliśmy już sporo.
"Avengers: Koniec gry" jest pierwszym filmem MCU, którego premiera odbędzie się niemal równocześnie na całym świecie. W niemalże wszystkich krajach najnowszy film ze stajni MCU ma premierę od 24 do 26 kwietnia. Tylko w Rosji premiera została zapowiedziana na 29 kwietnia. Jest to bardzo ciekawa sytuacja gdyż normalne jest to, że filmy, także wielkie blockbustery wchodzą do kin na całym świecie w różnych terminach. Oczekiwania widzów, którzy chcą jak najszybciej zobaczyć dany film to jedno ale interes dystrybutora, któremu opłaca się (lub nie) film wypuścić w danym kraju zaraz po premierze to drugie. Czasami takie szybkie wypuszczenie filmu w premierowy weekend się nie opłaca. Weźmy choćby film "Ant-man ant the Wasp", który do kin w Polsce wszedł miesiąc po światowej premierze ze względu na chętnie oglądane u nas mistrzostwa w piłce nożnej (nasza reprezentacja i tak nic nie ugrała ale cóż...).
"Avengers" udało się usunąć w cień inne wydarzenia popkulturalne więc w nadchodzący weekend ko żyw pobiegnie do kin na najnowszy film Marvela. A przynajmniej osoby, które choć trochę interesują się kinem superbohaterskim. Oraz rodziny z dziećmi. Oraz nastolatkowie. Oraz wielbiciele komiksów. Hm, myślę, że uzbiera się całkiem spora widownia. I nawet nie musze przypuszczać czy zgadywać bo już sprawdziłam, że najlepsze bilety na pierwsze seanse "Avengers" już zostały wyprzedane.
Ja od ponad tygodnia nie oglądam nowych spotów promocyjnych, kolejnych zdjęć i plakatów. Moje podekscytowanie (myślę, że nie tylko moje) sięgnęło szczytu już na początku kwietnia gdy rozpoczęła się przedsprzedaż biletów na "Avengers: Koniec gry" i gdy wyszedł ostatni zwiastun filmu. Zrobiłam sobie powtórkę części filmów MCU, obejrzałam trochę filmików z teoriami/przypuszczeniami na temat fabuły "Avengers: Koniec gry". A teraz tylko czekam. Od przedpremierowego seansu dzieli mnie już tylko kilka godzin...
zdjęcie ze strony rottentomatoes.com
Etykiety:
Avengers Koniec gry,
Black Panther,
Chris Evans,
filmy,
Fury,
Iron Man,
Kapitan Ameryka,
Kapitan Marvel,
kino,
Marvel,
MCU,
Popkultura,
Robert Downey Jr,
Samuel L. Jackson,
Spider-Man
Cyberpunk, seksizm i ciekawe animacje
zdjęcie ze strony lesemerick.com
W zeszłym miesiącu obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" od Netflixa. Zainteresowałam się nim gdyż znalazłam na Facebooku wypowiedź, że serial przedstawia kobiety w krzywdzący sposób. Postanowiłam sama sprawdzić czy jest coś na rzeczy. W końcu to tylko kilkanaście odcinków trwających średnio po 10 minut. Do stracenia miałam co najwyżej jedno popołudnie. Usiadłam, i jak mi się to przy ciekawych serialach zdarza, obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" jednym rzutem.
Ten serial to antologia. Każdy jej odcinek został stworzony w innej technice animacji i podejmuje trochę inna tematykę. Nie można więc, moim zdaniem, mówić o jednym, spójnym obrazie kobiety w tej serii.
Pierwszy odcinek "Przewaga Sonny", robi nie najlepsze wrażenie jeśli chodzi o portretowanie kobiet. Bohaterki są w nim przeseksualizowane. Na początku dostajemy opowieść o brutalnym gwalcie, którego ofiarą padła tytułowa Sonny. A zaledwie kilka minut później pojawia się scena lesbijskiej fantazji seksualnej. Trochę niefortunne połączenie. Łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś po obejrzeniu tego odcinka się zniesmaczył i zrezygnował z oglądania serialu.
Jeśli jednak widz przecierpial pierwszy odcinek to dalej jest lepiej. W odcinku "Mechy" dostajemy archetypiczne ale poprawnie skonstruowane postaci żon farmerów. W "Szczęśliwej trzynastce" główna bohaterka jest utalentowana pilotka A w "Pomocnej dłoni" spotykamy wyjątkowo zaradną astronautkę. Jest jeszcze wynalażczyni z "Zima Blue" czy żeński robot z "Trzech robotów".
Z drugiej strony dostajemy bohaterki w typie Sonny. Tancereka erotyczna ze "Świadka" czy ziennokształtna dziewczyna trudnica się prostytucją z "Udanych łowów" są znowu mocno przeseksualizowane i trudno zobaczyć w nich pełnoprawne bohaterki. W niektórych odcinkach kobiety się nie pojawiają lub pełnią marginalą rolę.
Podsumowując - obraz kobiety w serialu "Miłość, śmierć i roboty" odpowiada temu jak kobieta jest generalnie przedstawiona w popkulturze. Raz dostajemy pełnokrwistą postać w niczym nie ustępującą męskim bohaterom, a innym razem "eye candy" na którą jest miło popatrzeć i tyle. To drugie podejście jest niestety ciągle zbyt częste. I jeśli kogoś seksizm razi to może mieć problem z co najmniej kilkoma odcinkami tego serialu.
Zostawiając jednak kwestię sposobu portretowania kobiet serial ma co nieco do zaoferowania. Interesująca jest różnorodność technik animacji oraz różnorodność tematyki poszczególnych odcinków. Mamy odcinki rozgrywające się w kosmosie, odcinki utrzymane w stylistyce cyberpunku/steampunku, alternatywne wizje historii czy fantasy osadzone w świecie, który bardzo przypomina ten, w którym żyjemy. Część odcinków jest po prostu radosną rozpierduchą w której liczy się tylko akcja i humor. Niektóre jednak stawiają pytania o istotę człowieczeństwa - co konstytuuje człowieka, dokąd zmierzamy jako ludzkość?
To wydaje mi się największą zaletą "Miłości, śmierci i robotów". Nawet jeśli pierwszy odcinek nie przypadnie ci do gustu, to możesz włączyć drugi i sprawdzić czy znajdziesz w nim coś dla siebie. Jeśli drugi też ci się nie spodoba możesz włączyć piąty lub dziesiąty. Któryś z nich w końcu utrafi w twoje gusta. Mnie ujęły najbardziej odcinki rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej/na obcej planecie. Chętnie zobaczyłabym rozwinięcie niektórych epizodów w postaci pełnometrażowego filmu lub nawet mini serialu.
"Miłość, śmierć i roboty" oceniam ogólnie jako serial udany, z którym warto się zapoznać. Z zastrzeżeniem, że jest to propozycja dla widza powyżej lat szesnastu. Jeśli więc jesteście fanami si-fi, liczycie więcej niż 16 lat i macie wolne popołudnie to zapraszam na Netflix.
W zeszłym miesiącu obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" od Netflixa. Zainteresowałam się nim gdyż znalazłam na Facebooku wypowiedź, że serial przedstawia kobiety w krzywdzący sposób. Postanowiłam sama sprawdzić czy jest coś na rzeczy. W końcu to tylko kilkanaście odcinków trwających średnio po 10 minut. Do stracenia miałam co najwyżej jedno popołudnie. Usiadłam, i jak mi się to przy ciekawych serialach zdarza, obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" jednym rzutem.
Ten serial to antologia. Każdy jej odcinek został stworzony w innej technice animacji i podejmuje trochę inna tematykę. Nie można więc, moim zdaniem, mówić o jednym, spójnym obrazie kobiety w tej serii.
Pierwszy odcinek "Przewaga Sonny", robi nie najlepsze wrażenie jeśli chodzi o portretowanie kobiet. Bohaterki są w nim przeseksualizowane. Na początku dostajemy opowieść o brutalnym gwalcie, którego ofiarą padła tytułowa Sonny. A zaledwie kilka minut później pojawia się scena lesbijskiej fantazji seksualnej. Trochę niefortunne połączenie. Łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś po obejrzeniu tego odcinka się zniesmaczył i zrezygnował z oglądania serialu.
Jeśli jednak widz przecierpial pierwszy odcinek to dalej jest lepiej. W odcinku "Mechy" dostajemy archetypiczne ale poprawnie skonstruowane postaci żon farmerów. W "Szczęśliwej trzynastce" główna bohaterka jest utalentowana pilotka A w "Pomocnej dłoni" spotykamy wyjątkowo zaradną astronautkę. Jest jeszcze wynalażczyni z "Zima Blue" czy żeński robot z "Trzech robotów".
Z drugiej strony dostajemy bohaterki w typie Sonny. Tancereka erotyczna ze "Świadka" czy ziennokształtna dziewczyna trudnica się prostytucją z "Udanych łowów" są znowu mocno przeseksualizowane i trudno zobaczyć w nich pełnoprawne bohaterki. W niektórych odcinkach kobiety się nie pojawiają lub pełnią marginalą rolę.
Podsumowując - obraz kobiety w serialu "Miłość, śmierć i roboty" odpowiada temu jak kobieta jest generalnie przedstawiona w popkulturze. Raz dostajemy pełnokrwistą postać w niczym nie ustępującą męskim bohaterom, a innym razem "eye candy" na którą jest miło popatrzeć i tyle. To drugie podejście jest niestety ciągle zbyt częste. I jeśli kogoś seksizm razi to może mieć problem z co najmniej kilkoma odcinkami tego serialu.
Zostawiając jednak kwestię sposobu portretowania kobiet serial ma co nieco do zaoferowania. Interesująca jest różnorodność technik animacji oraz różnorodność tematyki poszczególnych odcinków. Mamy odcinki rozgrywające się w kosmosie, odcinki utrzymane w stylistyce cyberpunku/steampunku, alternatywne wizje historii czy fantasy osadzone w świecie, który bardzo przypomina ten, w którym żyjemy. Część odcinków jest po prostu radosną rozpierduchą w której liczy się tylko akcja i humor. Niektóre jednak stawiają pytania o istotę człowieczeństwa - co konstytuuje człowieka, dokąd zmierzamy jako ludzkość?
To wydaje mi się największą zaletą "Miłości, śmierci i robotów". Nawet jeśli pierwszy odcinek nie przypadnie ci do gustu, to możesz włączyć drugi i sprawdzić czy znajdziesz w nim coś dla siebie. Jeśli drugi też ci się nie spodoba możesz włączyć piąty lub dziesiąty. Któryś z nich w końcu utrafi w twoje gusta. Mnie ujęły najbardziej odcinki rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej/na obcej planecie. Chętnie zobaczyłabym rozwinięcie niektórych epizodów w postaci pełnometrażowego filmu lub nawet mini serialu.
"Miłość, śmierć i roboty" oceniam ogólnie jako serial udany, z którym warto się zapoznać. Z zastrzeżeniem, że jest to propozycja dla widza powyżej lat szesnastu. Jeśli więc jesteście fanami si-fi, liczycie więcej niż 16 lat i macie wolne popołudnie to zapraszam na Netflix.
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Trylogia filmów "Iron-Man" po latach
zdjęcie ze strony behance.net
W miniony weekend zrobiłam sobie maraton filmów o "Iron Manie". Każdy z tych filmów oglądałam już po kilka razy. Jednak od ostatniego razy minął już na pewno ponad rok, a czas do premiery "Avengers: Koniec Gry" trzeba czymś wypełnić więc zdecydowałam się na powtórkę.
To było ciekawe doświadczenie. Każdy z tych filmów był jednocześnie gorszy i lepszy niż go zapamiętałam. Z jednej strony widać, że te obrazy trochę się postarzały jeśli o konwencję kina superbohaterekiego chodzi. Historia za każdym razem jest schematyczna, villain jest swoistym mrocznym odbiciem głównego bohatera Tony'ego Starka aka Iron Mana, dostajemy trochę walk i pościgów, wszystko kończy się dobrze. Z drugiej - odkryłam na nowo wiele pojedynczych scen lub mini wątków fabularnych, które są perełkami w tej dość przeciętnej mieszance. Do takich perełek należą scena pierwszego lotu w zbroi Mark II z "Iron Mana" gdy Tony cieszy się jak dziecko, które dostało najlepsza zabawkę na świecie. Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że gdybym ja dostała latającą zbroję to pewnie przez godzinę latałabym nad miastem krzycząc z radości. Inną taką sceną jest moment gdy w "Iron Manie 3" Tony ratuje kilkanaście osób, które wypadły ze zniszczonego samolotu. Scena jest bardzo pomysłowa, a najlepsze jest wyjawienie, że Tony'ego tak na prawdę nie było w zbroi Iron Mana, gdy ratował rozbitków, bo sterował nią zdalnie (dzięki temu też mogła ona unieść większą liczbę spadających osób).
Myślę, że czynnikiem który w dużej mierze zadecydował o sukcesie "Iron Manów" ale też MCU w ogóle jest charyzma Roberta Downeya Jr. Aktor grający Iron Mana ma w sobie mnóstwo uroku osobistego, co sprawia, że od razu odczuwamy sympatię do granego przez niego bohatera. Nawet jeśli ten bohater jest trochę bucowaty. Nawe jeśli kwestie przez niego wypowiadane nie są zbyt mądre. Nawet jeśli trudno nam się z nim utożsamiać bo nie każdy jest miliarderem, genialnym wynalazcą, a do tego jeszcze superhohaterem. Bardzo trudno jest się oprzeć Tony'emu z jego kąśliwymi acz inteligentnymi żartami i złotym sercem ukrytym raz pod idealnie skrojonym garniturem, a raz pod super zaawansowaną zbroją.
Czy polecam wam oglądanie "Iron Manów" po tylu latach od ich powstania? W końcu technika filmowa ciągle idzie do przodu i logicznym jest, że filmy produkowane dziesięć lat temu, czy nawet pięć lat temu nie będą wyglądały tak dobrze, jak te produkowane dziś. Hm, myślę, że można, a nawet warto wrócić do "Iron Manów", zwłaszcza do części pierwszej. W filmach tych sceny akcji i żarty nadal działają znakomicie, nie poddając się próbie czasu. Muzyka jest bardzo dobrze dobrana, dodatkowo dynamizuje film ale też zdradza nam co nieco o charakterze głównego bohatera. Bohaterów zaś da się lubić - zarówno Tony, jak i Rhodey, Pepper czy Happy są postaciami, których losy śledzimy z przyjemnością. Tak więc polecam w wolnej chwili sięgnąć po przygody pierwszego bohatera MCU.
W miniony weekend zrobiłam sobie maraton filmów o "Iron Manie". Każdy z tych filmów oglądałam już po kilka razy. Jednak od ostatniego razy minął już na pewno ponad rok, a czas do premiery "Avengers: Koniec Gry" trzeba czymś wypełnić więc zdecydowałam się na powtórkę.
To było ciekawe doświadczenie. Każdy z tych filmów był jednocześnie gorszy i lepszy niż go zapamiętałam. Z jednej strony widać, że te obrazy trochę się postarzały jeśli o konwencję kina superbohaterekiego chodzi. Historia za każdym razem jest schematyczna, villain jest swoistym mrocznym odbiciem głównego bohatera Tony'ego Starka aka Iron Mana, dostajemy trochę walk i pościgów, wszystko kończy się dobrze. Z drugiej - odkryłam na nowo wiele pojedynczych scen lub mini wątków fabularnych, które są perełkami w tej dość przeciętnej mieszance. Do takich perełek należą scena pierwszego lotu w zbroi Mark II z "Iron Mana" gdy Tony cieszy się jak dziecko, które dostało najlepsza zabawkę na świecie. Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że gdybym ja dostała latającą zbroję to pewnie przez godzinę latałabym nad miastem krzycząc z radości. Inną taką sceną jest moment gdy w "Iron Manie 3" Tony ratuje kilkanaście osób, które wypadły ze zniszczonego samolotu. Scena jest bardzo pomysłowa, a najlepsze jest wyjawienie, że Tony'ego tak na prawdę nie było w zbroi Iron Mana, gdy ratował rozbitków, bo sterował nią zdalnie (dzięki temu też mogła ona unieść większą liczbę spadających osób).
Myślę, że czynnikiem który w dużej mierze zadecydował o sukcesie "Iron Manów" ale też MCU w ogóle jest charyzma Roberta Downeya Jr. Aktor grający Iron Mana ma w sobie mnóstwo uroku osobistego, co sprawia, że od razu odczuwamy sympatię do granego przez niego bohatera. Nawet jeśli ten bohater jest trochę bucowaty. Nawe jeśli kwestie przez niego wypowiadane nie są zbyt mądre. Nawet jeśli trudno nam się z nim utożsamiać bo nie każdy jest miliarderem, genialnym wynalazcą, a do tego jeszcze superhohaterem. Bardzo trudno jest się oprzeć Tony'emu z jego kąśliwymi acz inteligentnymi żartami i złotym sercem ukrytym raz pod idealnie skrojonym garniturem, a raz pod super zaawansowaną zbroją.
Czy polecam wam oglądanie "Iron Manów" po tylu latach od ich powstania? W końcu technika filmowa ciągle idzie do przodu i logicznym jest, że filmy produkowane dziesięć lat temu, czy nawet pięć lat temu nie będą wyglądały tak dobrze, jak te produkowane dziś. Hm, myślę, że można, a nawet warto wrócić do "Iron Manów", zwłaszcza do części pierwszej. W filmach tych sceny akcji i żarty nadal działają znakomicie, nie poddając się próbie czasu. Muzyka jest bardzo dobrze dobrana, dodatkowo dynamizuje film ale też zdradza nam co nieco o charakterze głównego bohatera. Bohaterów zaś da się lubić - zarówno Tony, jak i Rhodey, Pepper czy Happy są postaciami, których losy śledzimy z przyjemnością. Tak więc polecam w wolnej chwili sięgnąć po przygody pierwszego bohatera MCU.
Miliard powodów żeby obejrzeć "Kapitan Marvel"
zdjęcie ze strony filmweb.pl
Kilka dni temu zarobki najnowszego filmu MCU "Kapitan Marvel" przekroczyły miliard dolarów. To spora suma, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że blockbustery i filmy superbohaterskie osiągają ostatnimi laty imponujące wyniki finansowe. Dlaczego jest to tak niezwykła sytuacja?
Czy wiecie ile filmów z kobietami w roli tytułowej, poza "Kapitan Marvel", zarobiło miliard dolarów? Dwa - "Piękna i Bestia" oraz "Alicja w Krainie Czarów". A ile filmów z superbohaterkami w roli głównej odniosło sukces nie tylko finansowy, ale także krytyczny? Poza najnowszą produkcją Marvela tylko "Wonder Woman" z DC Extendet Universe. Wystarczą te dwa fakty żeby stwierdzić, że sukces "Kapitan Marvel" jest czymś szczególnym.
Superbohaterki nie miały dotąd szczęścia do występów w filmach. Z serialami jest trochę lepiej ale to temat na oddzielny wpis. Kobiece bohaterki pojawiały się najpierw w serii filmów X-Men wytwórni Fox, a potem w filmach MCU. Mutantki z X-Menów nigdy nie grały dużej roli w kolejnych produkcjach i nie były zbyt ciekawie przedstawiane. Mystique, Strom czy Jean Grey były tylko dodatkami, tłem dla męskich bohaterów takich jak Wolverine, Profesor X i Magneto. I przez kilkanaście lat istnienia tego uniwersum nic nie zmieniło się na lepsze.
Troszkę lepiej wyglądała sytuacja w MCU. Black Widow po niezbyt udanym debiucie w "Iron Manie 2" gdzie była głównie "eye candy" w "Avengers" dostała już konkretną rolę do odegrania. W kolejnych filmach jej postać została trochę rozwinięta, a jednocześnie w uniwersum zaczęły się pojawiać inne superbohaterki. Kamieniem milowym w tym względzie była silna obsada kobieca filmu "Black Panther" gdzie głównemu bohaterowi T'Chali partnerowały jego siostra Shuri, przywódczyni gwardii pałacowej Okoye i ukochana Nakia. Potem był nie do końca udany "Ant-Man and the Wasp" gdzie mieliśmy parę tytułowych bohaterów, z których jedno było kobietą. Te wszystkie, lepiej lub gorzej wykreowane, postaci kobiece utorowały drogę Kapitan Marvel, która wkroczyła do uniwersum ze swoim własnym filmem.
Jeśli chodzi o solowe filmy z superbohaterkami to nie ma za bardzo o czym pisać. Mamy "Catwoman" (2004) z Halley Berry, film, który zebrał kilka Złotych Malin i niewiele lepszą "Elektrę" (2005) z Jennifer Gardner. Potem przez ponad dekadę nic. Aż w końcu pojawiła się "Wonder Woman" (2017) z Gal Gadot i odnosząc sukces zarówno finansowy, jak i krytyczny pokazała, że można zrobić dobry film o superbohaterce. I teraz, dwa lata później, na scenie zjawia się "Kapitan Mavel" z Brie Larson w roli głównej powtarzając, a tak właściwie to przebijając, sukces "Wonder Woman". Ponad miliard dolarów w ciągu zaledwie miesiąca wyświetlania w kinach. Wiele pozytywnych recenzji. I to w sytuacji gdy film jest o bohaterce, która poza środowiskiem komiksowym nie jest szczególnie znana. Taki sukces to fenomen.
Czy naprawdę jestem w stanie wymienić aż miliard powodów by obejrzeć film "Kapitan Marvel"? Zdecydowanie nie. Wymienię więc tylko trzy. Po pierwsze - miliony ludzi już obejrzały ten film i bardzo wielu z nich się spodobał, więc jest spora szansa, że i wam się podoba. Po drugie - film jest częścią MCU, które przez lata wyrobiło sobie markę i wybranie się na film z tego uniwersum niemalże gwarantuje dobrą rozrywkę. Po trzecie - do premiery "Avengers: Koniec Gry" zostały tylko dwa tygodnie, a w filmie tym Kapitan Marvel będzie mieć spora rolę do odegrania. Jeśli wcześniej chcecie się dowiedzieć czegoś o tej bohaterce powinniście obejrzeć jej solowy film.
Ja sama byłam na "Kapitan Marvel" tylko raz. Ala planuję powtórny seans (a nawet kilka powtórnych seansów). Widzimy się w kinie?
Kilka dni temu zarobki najnowszego filmu MCU "Kapitan Marvel" przekroczyły miliard dolarów. To spora suma, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że blockbustery i filmy superbohaterskie osiągają ostatnimi laty imponujące wyniki finansowe. Dlaczego jest to tak niezwykła sytuacja?
Czy wiecie ile filmów z kobietami w roli tytułowej, poza "Kapitan Marvel", zarobiło miliard dolarów? Dwa - "Piękna i Bestia" oraz "Alicja w Krainie Czarów". A ile filmów z superbohaterkami w roli głównej odniosło sukces nie tylko finansowy, ale także krytyczny? Poza najnowszą produkcją Marvela tylko "Wonder Woman" z DC Extendet Universe. Wystarczą te dwa fakty żeby stwierdzić, że sukces "Kapitan Marvel" jest czymś szczególnym.
Superbohaterki nie miały dotąd szczęścia do występów w filmach. Z serialami jest trochę lepiej ale to temat na oddzielny wpis. Kobiece bohaterki pojawiały się najpierw w serii filmów X-Men wytwórni Fox, a potem w filmach MCU. Mutantki z X-Menów nigdy nie grały dużej roli w kolejnych produkcjach i nie były zbyt ciekawie przedstawiane. Mystique, Strom czy Jean Grey były tylko dodatkami, tłem dla męskich bohaterów takich jak Wolverine, Profesor X i Magneto. I przez kilkanaście lat istnienia tego uniwersum nic nie zmieniło się na lepsze.
Troszkę lepiej wyglądała sytuacja w MCU. Black Widow po niezbyt udanym debiucie w "Iron Manie 2" gdzie była głównie "eye candy" w "Avengers" dostała już konkretną rolę do odegrania. W kolejnych filmach jej postać została trochę rozwinięta, a jednocześnie w uniwersum zaczęły się pojawiać inne superbohaterki. Kamieniem milowym w tym względzie była silna obsada kobieca filmu "Black Panther" gdzie głównemu bohaterowi T'Chali partnerowały jego siostra Shuri, przywódczyni gwardii pałacowej Okoye i ukochana Nakia. Potem był nie do końca udany "Ant-Man and the Wasp" gdzie mieliśmy parę tytułowych bohaterów, z których jedno było kobietą. Te wszystkie, lepiej lub gorzej wykreowane, postaci kobiece utorowały drogę Kapitan Marvel, która wkroczyła do uniwersum ze swoim własnym filmem.
Jeśli chodzi o solowe filmy z superbohaterkami to nie ma za bardzo o czym pisać. Mamy "Catwoman" (2004) z Halley Berry, film, który zebrał kilka Złotych Malin i niewiele lepszą "Elektrę" (2005) z Jennifer Gardner. Potem przez ponad dekadę nic. Aż w końcu pojawiła się "Wonder Woman" (2017) z Gal Gadot i odnosząc sukces zarówno finansowy, jak i krytyczny pokazała, że można zrobić dobry film o superbohaterce. I teraz, dwa lata później, na scenie zjawia się "Kapitan Mavel" z Brie Larson w roli głównej powtarzając, a tak właściwie to przebijając, sukces "Wonder Woman". Ponad miliard dolarów w ciągu zaledwie miesiąca wyświetlania w kinach. Wiele pozytywnych recenzji. I to w sytuacji gdy film jest o bohaterce, która poza środowiskiem komiksowym nie jest szczególnie znana. Taki sukces to fenomen.
Czy naprawdę jestem w stanie wymienić aż miliard powodów by obejrzeć film "Kapitan Marvel"? Zdecydowanie nie. Wymienię więc tylko trzy. Po pierwsze - miliony ludzi już obejrzały ten film i bardzo wielu z nich się spodobał, więc jest spora szansa, że i wam się podoba. Po drugie - film jest częścią MCU, które przez lata wyrobiło sobie markę i wybranie się na film z tego uniwersum niemalże gwarantuje dobrą rozrywkę. Po trzecie - do premiery "Avengers: Koniec Gry" zostały tylko dwa tygodnie, a w filmie tym Kapitan Marvel będzie mieć spora rolę do odegrania. Jeśli wcześniej chcecie się dowiedzieć czegoś o tej bohaterce powinniście obejrzeć jej solowy film.
Ja sama byłam na "Kapitan Marvel" tylko raz. Ala planuję powtórny seans (a nawet kilka powtórnych seansów). Widzimy się w kinie?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



















