środa, 24 kwietnia 2019

Cyberpunk, seksizm i ciekawe animacje

                                                 zdjęcie ze strony lesemerick.com 


W zeszłym miesiącu obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" od Netflixa. Zainteresowałam się nim gdyż znalazłam na Facebooku wypowiedź, że serial przedstawia kobiety w krzywdzący sposób. Postanowiłam sama sprawdzić czy jest coś na rzeczy. W końcu to tylko kilkanaście odcinków trwających średnio po 10 minut. Do stracenia miałam co najwyżej jedno popołudnie. Usiadłam, i jak mi się to przy ciekawych serialach zdarza, obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" jednym rzutem.


Ten serial to antologia. Każdy jej odcinek został stworzony w innej technice animacji i podejmuje trochę inna tematykę. Nie można więc, moim zdaniem, mówić o jednym, spójnym obrazie kobiety w tej serii.


Pierwszy odcinek "Przewaga Sonny", robi nie najlepsze wrażenie jeśli chodzi o portretowanie kobiet. Bohaterki są w nim przeseksualizowane. Na początku dostajemy opowieść o brutalnym gwalcie, którego ofiarą padła tytułowa Sonny. A zaledwie kilka minut później pojawia się scena lesbijskiej fantazji seksualnej. Trochę niefortunne połączenie. Łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś po obejrzeniu tego odcinka się zniesmaczył i zrezygnował z oglądania serialu.


Jeśli jednak widz przecierpial pierwszy odcinek to dalej jest lepiej. W odcinku "Mechy" dostajemy archetypiczne ale poprawnie skonstruowane postaci żon farmerów. W "Szczęśliwej trzynastce" główna bohaterka jest utalentowana pilotka A w "Pomocnej dłoni" spotykamy wyjątkowo zaradną astronautkę. Jest jeszcze wynalażczyni z "Zima Blue" czy żeński robot z "Trzech robotów".


Z drugiej strony dostajemy bohaterki w typie Sonny. Tancereka erotyczna ze "Świadka" czy ziennokształtna dziewczyna trudnica się prostytucją z "Udanych łowów" są znowu mocno przeseksualizowane i trudno zobaczyć w nich pełnoprawne bohaterki. W niektórych odcinkach kobiety się nie pojawiają lub pełnią marginalą rolę.


Podsumowując - obraz kobiety w serialu "Miłość, śmierć i roboty" odpowiada temu jak kobieta jest generalnie przedstawiona w popkulturze. Raz dostajemy pełnokrwistą postać w niczym nie ustępującą męskim bohaterom, a innym razem "eye candy" na którą jest miło popatrzeć i tyle. To drugie podejście jest niestety ciągle zbyt częste. I jeśli kogoś seksizm razi to może mieć problem z co najmniej kilkoma odcinkami tego serialu.


Zostawiając jednak kwestię sposobu portretowania kobiet serial ma co nieco do zaoferowania. Interesująca jest różnorodność technik animacji oraz różnorodność tematyki poszczególnych odcinków. Mamy odcinki rozgrywające się w kosmosie, odcinki utrzymane w stylistyce cyberpunku/steampunku, alternatywne wizje historii czy fantasy osadzone w świecie, który bardzo przypomina ten, w którym żyjemy. Część odcinków jest po prostu radosną rozpierduchą w której liczy się tylko akcja i humor. Niektóre jednak stawiają pytania o istotę człowieczeństwa - co konstytuuje człowieka, dokąd zmierzamy jako ludzkość?


To wydaje mi się największą zaletą "Miłości, śmierci i robotów". Nawet jeśli pierwszy odcinek nie przypadnie ci do gustu, to możesz włączyć drugi i sprawdzić czy znajdziesz w nim coś dla siebie. Jeśli drugi też ci się nie spodoba możesz włączyć piąty lub dziesiąty. Któryś z nich w końcu utrafi w twoje gusta. Mnie ujęły najbardziej odcinki rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej/na obcej planecie. Chętnie zobaczyłabym rozwinięcie niektórych epizodów w postaci pełnometrażowego filmu lub nawet mini serialu.


"Miłość, śmierć i roboty" oceniam ogólnie jako serial udany, z którym warto się zapoznać. Z zastrzeżeniem, że jest to propozycja dla widza powyżej lat szesnastu. Jeśli więc jesteście fanami si-fi, liczycie więcej niż 16 lat i macie wolne popołudnie to zapraszam na Netflix.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz