wtorek, 13 sierpnia 2019

Perełki filmowego sezonu ogórkowego

                                          zdjęcie ze strony popsugar.com
Półmetek wakacji za nami (dla tych, którzy mają wakacje), a w kinach, jak to zwykle o tej porze, sezon ogórkowy. Owszem, co tydzień wpada jakaś premiera, raz komedia, raz horror, raz animacja dla dzieci. Jednak większość tych filmów trudno nazwać przebojami, na które ciągną tłumy. Lipiec był jeszcze całkiem niezły - na początku miesiąca premierował "Spider-Man. Daleko od domu", w drugiej połowie miesiąca "Król Lew" i oba te filmy bardzo dobrze się sprzedały. Myślę, że zasługują one na oddzielne recenzje (tak, wiem, że spóźnione ale oba są jeszcze w kinach). Tutaj wolałabym się skupić na trzech premierach sierpniowych, które pozytywnie mnie zaskoczyły.


"Pavarotti" to film biograficzny o jednym z najsłynniejszych śpiewaków operowych dwudziestego wieku - włoskim tenorze Luciano Pavarottim. Chyba każdy z nas kojarzy to nazwisko i twarz. Ja, jako osoba dorastająca w latach dziewięćdziesiątych, pamiętam, że Pavarotti był wszędzie, w radio, w telewizji, w gazetach. Nie trzeba było się interesować muzyką klasyczną czy nawet muzyką w ogóle żeby Pavarottiego znać. Jego przepiękny głos i uśmiechnięta twarz pojawiają się w mojej pamięci gdy tylko pomyślę o okresie mojego dzieciństwa. Gdy pojawiła się zapowiedź filmu o Pavarottim to wiedziałam, że na niego pójdę. I rzeczywiście się na niego wybrałam, już w dniu premiery. 


Pierwsze rzecz jaka mi przychodzi do głowy gdy myślę o tym filmie to stwierdzenie, że jest to "feeling good movie". Przez większą część seansu czułam się po prostu dobrze. Film jest bardzo dobry od strony technicznej. Materiały archiwalne są sprawnie poprzeplatane współczesnymi wypowiedziami współpracowników, przyjaciół i członków rodziny Luciano. Muzyka jest przepiękna. Nie interesowałam się postacią Pavarottiego więc trudno mi powiedzieć na ile kompletny i prawdziwy jest obraz przedstawiony w tym konkretnym filmie. Odniosłam jakieś nikłe wrażenie, że tematy trudniejsze (drugie małżeństwo Luciano, jego chimeryczny charakter) zostały ledwie muśnięte, tak by sylwetka Pavarottiego jawiła się tam w pozytywnym świetle. Ale można to spokojnie zepchnąć na karb pewnego wyboru artystycznego, którego dokonali twórcy filmu. Bardzo trudno mi oceniać surowo ten obraz. Podoba mi się to jak film został zrobiony. Podoba mi się jak został w nim przedstawiony Pavarotti. I jestem pewna, że za jakiś czas będę chciała ten film obejrzeć jeszcze raz. Więc i wam go polecam. Zwłaszcza jeśli lubicie filmy biograficzne o wielkich muzykach. "Pavarotti" ciągle jest w kinach, spieszcie się zanim spadnie z afisza. 


                                              zdjęcie ze strony slambuddy.com

Zupełnie innym filmem jest "Szybcy i wściekli: Hobbes i Shaw". Mówiąc nieco żartobliwie - "kup popcorn i colę, wyłącz mózg i baw się dobrze". W tym filmie są wszystkie składniki tworzące dobre kino akcji: charyzmatyczni bohaterowie, bójki, strzelaniny, pościgi, wybuchy, dowcipne onelinery i troszeczkę łagodzący to nagromadzenie testosteronu wątek rodzinny. Zarówno Dwayne The Rock Johnson, jak i Jason Statham dają tu z siebie wszystko piorąc filmowych przeciwników po pyskach i rzucając dowcipne uwagi. Vanessa Kirby jest śmiercionośnie piękna. Idris Elba nieźle sobie radzi jako komiksowy złol. Dostajemy fabułę, która nie do końca się klei (jak to zwykle w tego typu filmach), dużo ciekawych lokacji, a sceny akcji są naprawdę efektowne (zwłaszcza pył lub deszcz w slow motion w niektórych sekwencjach pościgów i walk). Biorąc pod uwagę to jak działa fizyka w tym filmie (przez większość czasu nie działa) i to, że antagonista jest praktycznie cyborgiem to mamy tu już do czynienia niemalże z kinem superbohaterskim. A kto dziś nie lubi filmów superbohaterskich? Biorąc pod uwagę zarobki tych filmów ośmielę się stwierdzić, że prawie wszyscy je lubią. Dodam tylko, że sama wielką fanką kina akcji czy serii "Szybkich i wściekłych" nie jestem ale bawiłam się na tym filmie bardzo dobrze. Zakładam, że jest spora szansa, że i wam "Hobbes i Shaw" przypadną do gustu.


Moja trzecia propozycja to film animowany "Toy Story 4". Kojarzę wcześniejsze filmy z tej serii ale ich fanką nie jestem. A może powiem raczej - ja się na "Toy Story" nie wychowałam. Oglądałam kiedyś cześć pierwszą ale na pewno nie jako dziecko. Część trzecią obejrzałam bardzo niedawno, w okolicach premiery najnowszego filmu. Dwójki chyba nigdy nie oglądałam. Przez kulturową osmozę poznałam bohaterów i wątki poruszane przez "Toy Story". Zdaję sobie sprawę, że wiele osób uwielbia tą serię. Ale ja sama szłam do kina bez sentymentu do poprzednich części i bez wielkich oczekiwań. I bardzo miło się zaskoczyłam. Pierwszą warstwą filmu jest animacja dla młodego widza - kolorowa i pozytywna, z sympatycznymi bohaterami i szczęśliwym zakończeniem. Druga warstwa skierowana jest do widzów dorosłych, którzy mają czasami problemy z wejściem w kolejny etap życia, zweryfikowaniem swoich planów i celów życiowych, porzuceniem marzeń młodości by być szczęśliwym tu i teraz. "Toy Story 4" jest piękne, wzruszające i bardzo pozytywne. Myślę, że każdy widz, bez względu na to czy ma pięć, piętnaście, trzydzieści czy siedemdziesiąt lat znajdzie w nim coś dla siebie. Dlatego polecam wam wybrać się na "Toy Story" całą rodziną. Jeśli mielibyście  w tym miesiącu pójść tylko raz do kina to wybierzcie ten właśnie film!



Bez względu na to na co wybierzecie się do kina/jaki film wybierzecie na Netflixie czy HBO GO życzę wam miłego seansu.


                                                       zdjęcie ze strony ew.com