zdjęcie ze strony zodab.com
Czekałam, czekałam i się doczekałam. Mini maraton "Avengers: Wojna bez granic" i "Avengers: Koniec gry" już za mną. Co to były za emocje! Mimo, że "Wojnę bez granic" oglądałam już chyba ósmy raz, to po raz kolejny miałam wilgotne policzki gdy moi ukochani bohaterowie ginęli. Mimo, że znam film scena po scenie to po raz kolejny pisnęłam z emocji gdy Thor otworzył Biefrost na polach Wakandy i jednym machnięciem Stormbreakera ubił kilka tuzinów outreiderów krzycząc "Bring me Thanos!" A był to dopiero aperitif do tego, co zaserwował mi "Koniec gry". Co zaserwował wszystkim widzom bo sala kinowa zajęta była do ostatniego miejsca i chyba każdy z widzów był dość mocno podekscytowany.
Już pierwsze trzy minuty "Avengers: Koniec gry" uderzyły nas w bebechy. Sielska, niewinna scenka zmieniająca się w koszmar i przetaczający się po sali pomruk "O nie, tylko nie to...", "O, k****…". A potem były chichoty i głośny śmiech, popłakiwanie, okrzyki, podskakiwanie na fotelach, oklaski. Podczas pewnej sceny już pod koniec filmu ktoś wręcz wrzasnął "Yes!". Karuzela emocji, która nas niosła przez calutkie trzy godziny.
Zdaję sobie sprawę, że wiele osób wybiera się na najnowszych "Avengers" w nadchodzący weekend lub nawet dopiero w długi weekend majowy. Bardzo chcę oszczędzić tym osobom spoilerów bo niektórzy są mocno na nie wrażliwi, a film tak wiele razy zaskakuje, że nie chcę wam tych niespodzianek odbierać. Zresztą materiały promocyjne (zwiastny i plakaty) "Avengers: Koniec gry" ukazywały nam w znakomitej większości pierwsze 20-30 minut filmu. Tą decyzję twórców filmu uważam za trafną i popieram. Więc w mojej recenzji spoilerów nie znajdziecie.
O czy można mówić w ogóle nie dotykając spoilerów? Mogę wam powiedzieć, że film, jak prawie każdy obraz MCU, pod względem technicznym jest mocno dopieszczony. Aktorstwo, zdjęcia, muzyka, efekty specjalne, montaż są na najwyższym poziomie. W każdej scenie czuć ogrom pracy twórców filmu i te zainwestowane setki milionów dolarów. Jeśli więc interesuje was czy film wygląda i brzmi jak na solidny blockbuster przystało to tak, jak najbardziej. Ja widziałam film w formacie 2D ale myślę, że w technologii 3D lub IMAX wrażenia będą jeszcze intensywniejsze.
O fabule, siłą rzeczy, nie powiem zbyt wiele. Sądzę, że nie będzie spoilerem jeśli napiszę, że nasza oryginalna szóstka Avengers próbuje sobie poradzić ze skutkami pstryknięcia Thanosa czyli ze swoją porażką. Nie tyle z fizycznymi skutkami zniknięcia połowy ludzkości, co z emocjonalnym ciężarem tego wydarzenia. Każde z nich reaguje trochę inaczej. Ale ich reakcje nie biorą się znikąd, a są konsekwencją rozwijania tych postaci w poprzednich filmach, od pierwszych "Avengers", a właściwie od pierwszego Irona Mana" do dziś.
Największym atutem tego filmu jest to, że możemy znowu zobaczyć naszych ukochanych bohaterów, z którymi jesteśmy od ponad dekady i przebyć z nimi ten ostatni etap drogi. Ostatni na tę chwilę dodajmy. Bo oczywiście wiemy, że MCU będzie istnieć dalej i dostaniemy kolejne filmy za rok, dwa lata, trzy lata... Ale pewien etap się zakończył i w tym filmie mocno to można odczuć.
Czy w filmie było dość scen akcji? Absolutnie. Czy był humor? Więcej niż się spodziewałam. Czy dostaliśmy chwilę wzruszenia? Mnóstwo. Czy nudziłam się choć przez chwilę. Nie. Film utrzymał mnie na skraju fotela przez równe trzy godziny. Śmiem postawić teorię, że na seansie nikt się nie nudził. Dla każdego widza obejrzenie tego filmu było wielkim wydarzeniem. Czy to oznacza, że "Avengers: Koniec gry" jest najlepszym filmem MCU czy nawet najlepszym filmem rozrywkowym wszechczasów? Dla nas w tamtym momencie tym właśnie był. Choć obiektywnie patrząc film miał swoje wady, a dla kogoś, kto nie jest zbyt wielkim fanem Marvela może się wydawać miejscami niezrozumiały i nużący.
Nie wdając się w szczegóły muszę wam powiedzieć, że "Avengers: Koniec gry" pełne jest odniesień do poprzednich filmów MCU. Czasami są to powroty nie zamkniętych dotąd wątków sprzed lat, czasami układ wizualny jakiejś sceny lub rzucony oneliner. Mi mnóstwo radości sprawiało odkrywanie, że dana scena jest bardzo podobna do pamiętnej sceny z "Zimowego żołnierza" lub, że mogę sobie zerknąć na scenę będącą bezpośrednim łącznikiem między wątkami z "Avengers", a "Avengers: Czas Ultrona". Miło było zobaczyć znowu na ekranie pewne postaci drugo czy trzecioplanowe z wcześniejszych filmów. Było tego mnóstwo i musicie to wszystko sami odkryć.
Uwierzcie mi, że trudno pisać tak zdawkowo o filmie, który wywołał u mnie istny huragan emocji. Bardzo chciałabym pozachwycać się jak to ten bohater w tej scenie absolutnie wymiatał. Albo jak zabawny i wzruszający za razem był wątek innego bohatera. Chciałabym już sobie pospekulować, czy tego bohatera jeszcze kiedykolwiek zobaczymy. Lub czy ten inny bohater dostanie swój solowy film czy odtąd będzie się pojawiał tylko jako postać tła w filmach grupowych. Chciałabym, a nie mogę bo hasłem przewodnim tego wpisu jest #Don'tSpoilTheEndgame. Interenet i tak zaczynają zalewać spoilery.
Już cieszę się na kolejny seans "Avengers: Koniec gry" na który wybiorę się być może nawet dziś. A was zachęcam żebyście w najbliższym możliwym terminie pobiegli do kina i sami przeżyli te wszystkie emocje. Zwłaszcza jeśli jesteście fanami filmów Marvela. Warto, na prawdę watro.
piątek, 26 kwietnia 2019
środa, 24 kwietnia 2019
"We are in endgame now" - w przeddzień premiery "Avengers: Koniec gry"
zdjęcie ze strony static3.buissnesinsider.com
Kończy się kwiecień, wiosna rozkwita za oknem, dopiero co przeżywaliśmy Święta Wielkanocne. Dla fanów komiksów i kina superbohaterskiego nadeszło ich własne święto - premiera filmu "Avengers: Koniec gry". Już pojutrze odbędzie się oficjalna światowa premiera zwieńczenia cyklu "Infinity Saga" bo tak teraz są nazywane filmy Marvela z lat 2008 - 2019. W związku z tym chcę napisać o kilku przemyśleniach i ciekawostkach związanych z filmami MCU.
Zacznijmy od... końca. "Avengers: Koniec gry" jest najdłuższym filmem MCU gdyż czas jego trwania to trzy godziny. Wszystkie dotychczasowe filmy trwały około dwóch godzin, lub nieznacznie te dwie godziny przekraczały. Wyjątkiem pod tym względem było tylko "Avengers: Wojna bez granic", które trwało ponad dwie i pół godziny. Filmu jeszcze nie widziałam ale biorąc pod uwagę, że "Avengers: Koniec gry" podsumowuje ponad dziesięć lat MCU to materiału na te trzy godziny mamy więcej niż dość.
"Avengers: Koniec gry" jest dwudziestym drugim filmem Marvel Cinematic Universe ale nie jest to ostatni film trzeciej fazy. Ostatnim będzie "Spider-Man: Far from Home", który do kin wejdzie za niespełna trzy miesiące. I biorąc pod uwagę wszystkie te filmy to chyba możemy powiedzieć, że filmy MCU to najdłuższy współczesny cykl filmowy, w którym poszczególne obrazy są powiązane ze sobą, raz mocniej, raz słabiej ale jednak. Filmy MCU tworzą coś w rodzaju serialu kinowego.
Robert Downey Jr. jest obecnie tym aktorem, który wciela się najdłużej w swoją rolę w filmach MCU. Od jedenastu lat swoim urokiem podbija serca fanów jako Tony Stark/Iron Man. Wystąpił dotychczas (uwzględniając cameo) w dziewięciu filmach Marvela. Podobnie Samuel L. Jackson wcielający się w postać Nicka Fury'ego od jedenastu lat. Wystąpił on w dziewięciu filmach MCU ale były to częściej cameo niż role istotne dla fabuły. Chris Evans gra postać Steva Rogersa/Kapitana Ameryki trochę krócej bo od 2011 ale zdążył w tym czasie zaliczyć aż dziesięć występów w produkcjach Marvela. I znowu były to w dużej części cameo lub sceny po napisach. Te "statystyki" wyglądają dość imponująco, nieprawdaż? Aż chce się je porównać do rekordzistów - Hugh Jackmana i Patricka Stewarta, którzy wystąpili w mniejszej liczbie filmów z serii "X-Men" ale za to grali swoje postaci - Wolverina i Profesora X - przez ponad szesnaście lat.
Podejdźmy do fenomenu filmów Marvela od innej strony. Czy wiecie ile filmów od Marvela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających filmów? Cztery filmy, a najrentowniejszy z nich jest na miejscu czwartym tej listy. A ile filmów MCU zarobiło ponad miliard dolarów? Siedem, w tym film z kobietą w tytułowej roli czyli "Kapitan Marvel" oraz z film z czarnoskórym głównym bohaterem czyli "Black Panther". Wystarczy krótki rzut oka na te dane by stwierdzić, że kino superbohaterskie ma się dobrze. Publiczność chce nowych filmów o "rajtuziarzach", które nie koniecznie będą kolejnymi wersjami przygód Supermana, Batmana czy Spider-Mana bo inkarnacji tych najpopularniejszych bohaterów mieliśmy już sporo.
"Avengers: Koniec gry" jest pierwszym filmem MCU, którego premiera odbędzie się niemal równocześnie na całym świecie. W niemalże wszystkich krajach najnowszy film ze stajni MCU ma premierę od 24 do 26 kwietnia. Tylko w Rosji premiera została zapowiedziana na 29 kwietnia. Jest to bardzo ciekawa sytuacja gdyż normalne jest to, że filmy, także wielkie blockbustery wchodzą do kin na całym świecie w różnych terminach. Oczekiwania widzów, którzy chcą jak najszybciej zobaczyć dany film to jedno ale interes dystrybutora, któremu opłaca się (lub nie) film wypuścić w danym kraju zaraz po premierze to drugie. Czasami takie szybkie wypuszczenie filmu w premierowy weekend się nie opłaca. Weźmy choćby film "Ant-man ant the Wasp", który do kin w Polsce wszedł miesiąc po światowej premierze ze względu na chętnie oglądane u nas mistrzostwa w piłce nożnej (nasza reprezentacja i tak nic nie ugrała ale cóż...).
"Avengers" udało się usunąć w cień inne wydarzenia popkulturalne więc w nadchodzący weekend ko żyw pobiegnie do kin na najnowszy film Marvela. A przynajmniej osoby, które choć trochę interesują się kinem superbohaterskim. Oraz rodziny z dziećmi. Oraz nastolatkowie. Oraz wielbiciele komiksów. Hm, myślę, że uzbiera się całkiem spora widownia. I nawet nie musze przypuszczać czy zgadywać bo już sprawdziłam, że najlepsze bilety na pierwsze seanse "Avengers" już zostały wyprzedane.
Ja od ponad tygodnia nie oglądam nowych spotów promocyjnych, kolejnych zdjęć i plakatów. Moje podekscytowanie (myślę, że nie tylko moje) sięgnęło szczytu już na początku kwietnia gdy rozpoczęła się przedsprzedaż biletów na "Avengers: Koniec gry" i gdy wyszedł ostatni zwiastun filmu. Zrobiłam sobie powtórkę części filmów MCU, obejrzałam trochę filmików z teoriami/przypuszczeniami na temat fabuły "Avengers: Koniec gry". A teraz tylko czekam. Od przedpremierowego seansu dzieli mnie już tylko kilka godzin...
Kończy się kwiecień, wiosna rozkwita za oknem, dopiero co przeżywaliśmy Święta Wielkanocne. Dla fanów komiksów i kina superbohaterskiego nadeszło ich własne święto - premiera filmu "Avengers: Koniec gry". Już pojutrze odbędzie się oficjalna światowa premiera zwieńczenia cyklu "Infinity Saga" bo tak teraz są nazywane filmy Marvela z lat 2008 - 2019. W związku z tym chcę napisać o kilku przemyśleniach i ciekawostkach związanych z filmami MCU.
Zacznijmy od... końca. "Avengers: Koniec gry" jest najdłuższym filmem MCU gdyż czas jego trwania to trzy godziny. Wszystkie dotychczasowe filmy trwały około dwóch godzin, lub nieznacznie te dwie godziny przekraczały. Wyjątkiem pod tym względem było tylko "Avengers: Wojna bez granic", które trwało ponad dwie i pół godziny. Filmu jeszcze nie widziałam ale biorąc pod uwagę, że "Avengers: Koniec gry" podsumowuje ponad dziesięć lat MCU to materiału na te trzy godziny mamy więcej niż dość.
"Avengers: Koniec gry" jest dwudziestym drugim filmem Marvel Cinematic Universe ale nie jest to ostatni film trzeciej fazy. Ostatnim będzie "Spider-Man: Far from Home", który do kin wejdzie za niespełna trzy miesiące. I biorąc pod uwagę wszystkie te filmy to chyba możemy powiedzieć, że filmy MCU to najdłuższy współczesny cykl filmowy, w którym poszczególne obrazy są powiązane ze sobą, raz mocniej, raz słabiej ale jednak. Filmy MCU tworzą coś w rodzaju serialu kinowego.
Robert Downey Jr. jest obecnie tym aktorem, który wciela się najdłużej w swoją rolę w filmach MCU. Od jedenastu lat swoim urokiem podbija serca fanów jako Tony Stark/Iron Man. Wystąpił dotychczas (uwzględniając cameo) w dziewięciu filmach Marvela. Podobnie Samuel L. Jackson wcielający się w postać Nicka Fury'ego od jedenastu lat. Wystąpił on w dziewięciu filmach MCU ale były to częściej cameo niż role istotne dla fabuły. Chris Evans gra postać Steva Rogersa/Kapitana Ameryki trochę krócej bo od 2011 ale zdążył w tym czasie zaliczyć aż dziesięć występów w produkcjach Marvela. I znowu były to w dużej części cameo lub sceny po napisach. Te "statystyki" wyglądają dość imponująco, nieprawdaż? Aż chce się je porównać do rekordzistów - Hugh Jackmana i Patricka Stewarta, którzy wystąpili w mniejszej liczbie filmów z serii "X-Men" ale za to grali swoje postaci - Wolverina i Profesora X - przez ponad szesnaście lat.
Podejdźmy do fenomenu filmów Marvela od innej strony. Czy wiecie ile filmów od Marvela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających filmów? Cztery filmy, a najrentowniejszy z nich jest na miejscu czwartym tej listy. A ile filmów MCU zarobiło ponad miliard dolarów? Siedem, w tym film z kobietą w tytułowej roli czyli "Kapitan Marvel" oraz z film z czarnoskórym głównym bohaterem czyli "Black Panther". Wystarczy krótki rzut oka na te dane by stwierdzić, że kino superbohaterskie ma się dobrze. Publiczność chce nowych filmów o "rajtuziarzach", które nie koniecznie będą kolejnymi wersjami przygód Supermana, Batmana czy Spider-Mana bo inkarnacji tych najpopularniejszych bohaterów mieliśmy już sporo.
"Avengers: Koniec gry" jest pierwszym filmem MCU, którego premiera odbędzie się niemal równocześnie na całym świecie. W niemalże wszystkich krajach najnowszy film ze stajni MCU ma premierę od 24 do 26 kwietnia. Tylko w Rosji premiera została zapowiedziana na 29 kwietnia. Jest to bardzo ciekawa sytuacja gdyż normalne jest to, że filmy, także wielkie blockbustery wchodzą do kin na całym świecie w różnych terminach. Oczekiwania widzów, którzy chcą jak najszybciej zobaczyć dany film to jedno ale interes dystrybutora, któremu opłaca się (lub nie) film wypuścić w danym kraju zaraz po premierze to drugie. Czasami takie szybkie wypuszczenie filmu w premierowy weekend się nie opłaca. Weźmy choćby film "Ant-man ant the Wasp", który do kin w Polsce wszedł miesiąc po światowej premierze ze względu na chętnie oglądane u nas mistrzostwa w piłce nożnej (nasza reprezentacja i tak nic nie ugrała ale cóż...).
"Avengers" udało się usunąć w cień inne wydarzenia popkulturalne więc w nadchodzący weekend ko żyw pobiegnie do kin na najnowszy film Marvela. A przynajmniej osoby, które choć trochę interesują się kinem superbohaterskim. Oraz rodziny z dziećmi. Oraz nastolatkowie. Oraz wielbiciele komiksów. Hm, myślę, że uzbiera się całkiem spora widownia. I nawet nie musze przypuszczać czy zgadywać bo już sprawdziłam, że najlepsze bilety na pierwsze seanse "Avengers" już zostały wyprzedane.
Ja od ponad tygodnia nie oglądam nowych spotów promocyjnych, kolejnych zdjęć i plakatów. Moje podekscytowanie (myślę, że nie tylko moje) sięgnęło szczytu już na początku kwietnia gdy rozpoczęła się przedsprzedaż biletów na "Avengers: Koniec gry" i gdy wyszedł ostatni zwiastun filmu. Zrobiłam sobie powtórkę części filmów MCU, obejrzałam trochę filmików z teoriami/przypuszczeniami na temat fabuły "Avengers: Koniec gry". A teraz tylko czekam. Od przedpremierowego seansu dzieli mnie już tylko kilka godzin...
zdjęcie ze strony rottentomatoes.com
Etykiety:
Avengers Koniec gry,
Black Panther,
Chris Evans,
filmy,
Fury,
Iron Man,
Kapitan Ameryka,
Kapitan Marvel,
kino,
Marvel,
MCU,
Popkultura,
Robert Downey Jr,
Samuel L. Jackson,
Spider-Man
Cyberpunk, seksizm i ciekawe animacje
zdjęcie ze strony lesemerick.com
W zeszłym miesiącu obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" od Netflixa. Zainteresowałam się nim gdyż znalazłam na Facebooku wypowiedź, że serial przedstawia kobiety w krzywdzący sposób. Postanowiłam sama sprawdzić czy jest coś na rzeczy. W końcu to tylko kilkanaście odcinków trwających średnio po 10 minut. Do stracenia miałam co najwyżej jedno popołudnie. Usiadłam, i jak mi się to przy ciekawych serialach zdarza, obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" jednym rzutem.
Ten serial to antologia. Każdy jej odcinek został stworzony w innej technice animacji i podejmuje trochę inna tematykę. Nie można więc, moim zdaniem, mówić o jednym, spójnym obrazie kobiety w tej serii.
Pierwszy odcinek "Przewaga Sonny", robi nie najlepsze wrażenie jeśli chodzi o portretowanie kobiet. Bohaterki są w nim przeseksualizowane. Na początku dostajemy opowieść o brutalnym gwalcie, którego ofiarą padła tytułowa Sonny. A zaledwie kilka minut później pojawia się scena lesbijskiej fantazji seksualnej. Trochę niefortunne połączenie. Łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś po obejrzeniu tego odcinka się zniesmaczył i zrezygnował z oglądania serialu.
Jeśli jednak widz przecierpial pierwszy odcinek to dalej jest lepiej. W odcinku "Mechy" dostajemy archetypiczne ale poprawnie skonstruowane postaci żon farmerów. W "Szczęśliwej trzynastce" główna bohaterka jest utalentowana pilotka A w "Pomocnej dłoni" spotykamy wyjątkowo zaradną astronautkę. Jest jeszcze wynalażczyni z "Zima Blue" czy żeński robot z "Trzech robotów".
Z drugiej strony dostajemy bohaterki w typie Sonny. Tancereka erotyczna ze "Świadka" czy ziennokształtna dziewczyna trudnica się prostytucją z "Udanych łowów" są znowu mocno przeseksualizowane i trudno zobaczyć w nich pełnoprawne bohaterki. W niektórych odcinkach kobiety się nie pojawiają lub pełnią marginalą rolę.
Podsumowując - obraz kobiety w serialu "Miłość, śmierć i roboty" odpowiada temu jak kobieta jest generalnie przedstawiona w popkulturze. Raz dostajemy pełnokrwistą postać w niczym nie ustępującą męskim bohaterom, a innym razem "eye candy" na którą jest miło popatrzeć i tyle. To drugie podejście jest niestety ciągle zbyt częste. I jeśli kogoś seksizm razi to może mieć problem z co najmniej kilkoma odcinkami tego serialu.
Zostawiając jednak kwestię sposobu portretowania kobiet serial ma co nieco do zaoferowania. Interesująca jest różnorodność technik animacji oraz różnorodność tematyki poszczególnych odcinków. Mamy odcinki rozgrywające się w kosmosie, odcinki utrzymane w stylistyce cyberpunku/steampunku, alternatywne wizje historii czy fantasy osadzone w świecie, który bardzo przypomina ten, w którym żyjemy. Część odcinków jest po prostu radosną rozpierduchą w której liczy się tylko akcja i humor. Niektóre jednak stawiają pytania o istotę człowieczeństwa - co konstytuuje człowieka, dokąd zmierzamy jako ludzkość?
To wydaje mi się największą zaletą "Miłości, śmierci i robotów". Nawet jeśli pierwszy odcinek nie przypadnie ci do gustu, to możesz włączyć drugi i sprawdzić czy znajdziesz w nim coś dla siebie. Jeśli drugi też ci się nie spodoba możesz włączyć piąty lub dziesiąty. Któryś z nich w końcu utrafi w twoje gusta. Mnie ujęły najbardziej odcinki rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej/na obcej planecie. Chętnie zobaczyłabym rozwinięcie niektórych epizodów w postaci pełnometrażowego filmu lub nawet mini serialu.
"Miłość, śmierć i roboty" oceniam ogólnie jako serial udany, z którym warto się zapoznać. Z zastrzeżeniem, że jest to propozycja dla widza powyżej lat szesnastu. Jeśli więc jesteście fanami si-fi, liczycie więcej niż 16 lat i macie wolne popołudnie to zapraszam na Netflix.
W zeszłym miesiącu obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" od Netflixa. Zainteresowałam się nim gdyż znalazłam na Facebooku wypowiedź, że serial przedstawia kobiety w krzywdzący sposób. Postanowiłam sama sprawdzić czy jest coś na rzeczy. W końcu to tylko kilkanaście odcinków trwających średnio po 10 minut. Do stracenia miałam co najwyżej jedno popołudnie. Usiadłam, i jak mi się to przy ciekawych serialach zdarza, obejrzałam "Miłość, śmierć i roboty" jednym rzutem.
Ten serial to antologia. Każdy jej odcinek został stworzony w innej technice animacji i podejmuje trochę inna tematykę. Nie można więc, moim zdaniem, mówić o jednym, spójnym obrazie kobiety w tej serii.
Pierwszy odcinek "Przewaga Sonny", robi nie najlepsze wrażenie jeśli chodzi o portretowanie kobiet. Bohaterki są w nim przeseksualizowane. Na początku dostajemy opowieść o brutalnym gwalcie, którego ofiarą padła tytułowa Sonny. A zaledwie kilka minut później pojawia się scena lesbijskiej fantazji seksualnej. Trochę niefortunne połączenie. Łatwo mi sobie wyobrazić, że ktoś po obejrzeniu tego odcinka się zniesmaczył i zrezygnował z oglądania serialu.
Jeśli jednak widz przecierpial pierwszy odcinek to dalej jest lepiej. W odcinku "Mechy" dostajemy archetypiczne ale poprawnie skonstruowane postaci żon farmerów. W "Szczęśliwej trzynastce" główna bohaterka jest utalentowana pilotka A w "Pomocnej dłoni" spotykamy wyjątkowo zaradną astronautkę. Jest jeszcze wynalażczyni z "Zima Blue" czy żeński robot z "Trzech robotów".
Z drugiej strony dostajemy bohaterki w typie Sonny. Tancereka erotyczna ze "Świadka" czy ziennokształtna dziewczyna trudnica się prostytucją z "Udanych łowów" są znowu mocno przeseksualizowane i trudno zobaczyć w nich pełnoprawne bohaterki. W niektórych odcinkach kobiety się nie pojawiają lub pełnią marginalą rolę.
Podsumowując - obraz kobiety w serialu "Miłość, śmierć i roboty" odpowiada temu jak kobieta jest generalnie przedstawiona w popkulturze. Raz dostajemy pełnokrwistą postać w niczym nie ustępującą męskim bohaterom, a innym razem "eye candy" na którą jest miło popatrzeć i tyle. To drugie podejście jest niestety ciągle zbyt częste. I jeśli kogoś seksizm razi to może mieć problem z co najmniej kilkoma odcinkami tego serialu.
Zostawiając jednak kwestię sposobu portretowania kobiet serial ma co nieco do zaoferowania. Interesująca jest różnorodność technik animacji oraz różnorodność tematyki poszczególnych odcinków. Mamy odcinki rozgrywające się w kosmosie, odcinki utrzymane w stylistyce cyberpunku/steampunku, alternatywne wizje historii czy fantasy osadzone w świecie, który bardzo przypomina ten, w którym żyjemy. Część odcinków jest po prostu radosną rozpierduchą w której liczy się tylko akcja i humor. Niektóre jednak stawiają pytania o istotę człowieczeństwa - co konstytuuje człowieka, dokąd zmierzamy jako ludzkość?
To wydaje mi się największą zaletą "Miłości, śmierci i robotów". Nawet jeśli pierwszy odcinek nie przypadnie ci do gustu, to możesz włączyć drugi i sprawdzić czy znajdziesz w nim coś dla siebie. Jeśli drugi też ci się nie spodoba możesz włączyć piąty lub dziesiąty. Któryś z nich w końcu utrafi w twoje gusta. Mnie ujęły najbardziej odcinki rozgrywające się w przestrzeni kosmicznej/na obcej planecie. Chętnie zobaczyłabym rozwinięcie niektórych epizodów w postaci pełnometrażowego filmu lub nawet mini serialu.
"Miłość, śmierć i roboty" oceniam ogólnie jako serial udany, z którym warto się zapoznać. Z zastrzeżeniem, że jest to propozycja dla widza powyżej lat szesnastu. Jeśli więc jesteście fanami si-fi, liczycie więcej niż 16 lat i macie wolne popołudnie to zapraszam na Netflix.
poniedziałek, 8 kwietnia 2019
Trylogia filmów "Iron-Man" po latach
zdjęcie ze strony behance.net
W miniony weekend zrobiłam sobie maraton filmów o "Iron Manie". Każdy z tych filmów oglądałam już po kilka razy. Jednak od ostatniego razy minął już na pewno ponad rok, a czas do premiery "Avengers: Koniec Gry" trzeba czymś wypełnić więc zdecydowałam się na powtórkę.
To było ciekawe doświadczenie. Każdy z tych filmów był jednocześnie gorszy i lepszy niż go zapamiętałam. Z jednej strony widać, że te obrazy trochę się postarzały jeśli o konwencję kina superbohaterekiego chodzi. Historia za każdym razem jest schematyczna, villain jest swoistym mrocznym odbiciem głównego bohatera Tony'ego Starka aka Iron Mana, dostajemy trochę walk i pościgów, wszystko kończy się dobrze. Z drugiej - odkryłam na nowo wiele pojedynczych scen lub mini wątków fabularnych, które są perełkami w tej dość przeciętnej mieszance. Do takich perełek należą scena pierwszego lotu w zbroi Mark II z "Iron Mana" gdy Tony cieszy się jak dziecko, które dostało najlepsza zabawkę na świecie. Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że gdybym ja dostała latającą zbroję to pewnie przez godzinę latałabym nad miastem krzycząc z radości. Inną taką sceną jest moment gdy w "Iron Manie 3" Tony ratuje kilkanaście osób, które wypadły ze zniszczonego samolotu. Scena jest bardzo pomysłowa, a najlepsze jest wyjawienie, że Tony'ego tak na prawdę nie było w zbroi Iron Mana, gdy ratował rozbitków, bo sterował nią zdalnie (dzięki temu też mogła ona unieść większą liczbę spadających osób).
Myślę, że czynnikiem który w dużej mierze zadecydował o sukcesie "Iron Manów" ale też MCU w ogóle jest charyzma Roberta Downeya Jr. Aktor grający Iron Mana ma w sobie mnóstwo uroku osobistego, co sprawia, że od razu odczuwamy sympatię do granego przez niego bohatera. Nawet jeśli ten bohater jest trochę bucowaty. Nawe jeśli kwestie przez niego wypowiadane nie są zbyt mądre. Nawet jeśli trudno nam się z nim utożsamiać bo nie każdy jest miliarderem, genialnym wynalazcą, a do tego jeszcze superhohaterem. Bardzo trudno jest się oprzeć Tony'emu z jego kąśliwymi acz inteligentnymi żartami i złotym sercem ukrytym raz pod idealnie skrojonym garniturem, a raz pod super zaawansowaną zbroją.
Czy polecam wam oglądanie "Iron Manów" po tylu latach od ich powstania? W końcu technika filmowa ciągle idzie do przodu i logicznym jest, że filmy produkowane dziesięć lat temu, czy nawet pięć lat temu nie będą wyglądały tak dobrze, jak te produkowane dziś. Hm, myślę, że można, a nawet warto wrócić do "Iron Manów", zwłaszcza do części pierwszej. W filmach tych sceny akcji i żarty nadal działają znakomicie, nie poddając się próbie czasu. Muzyka jest bardzo dobrze dobrana, dodatkowo dynamizuje film ale też zdradza nam co nieco o charakterze głównego bohatera. Bohaterów zaś da się lubić - zarówno Tony, jak i Rhodey, Pepper czy Happy są postaciami, których losy śledzimy z przyjemnością. Tak więc polecam w wolnej chwili sięgnąć po przygody pierwszego bohatera MCU.
W miniony weekend zrobiłam sobie maraton filmów o "Iron Manie". Każdy z tych filmów oglądałam już po kilka razy. Jednak od ostatniego razy minął już na pewno ponad rok, a czas do premiery "Avengers: Koniec Gry" trzeba czymś wypełnić więc zdecydowałam się na powtórkę.
To było ciekawe doświadczenie. Każdy z tych filmów był jednocześnie gorszy i lepszy niż go zapamiętałam. Z jednej strony widać, że te obrazy trochę się postarzały jeśli o konwencję kina superbohaterekiego chodzi. Historia za każdym razem jest schematyczna, villain jest swoistym mrocznym odbiciem głównego bohatera Tony'ego Starka aka Iron Mana, dostajemy trochę walk i pościgów, wszystko kończy się dobrze. Z drugiej - odkryłam na nowo wiele pojedynczych scen lub mini wątków fabularnych, które są perełkami w tej dość przeciętnej mieszance. Do takich perełek należą scena pierwszego lotu w zbroi Mark II z "Iron Mana" gdy Tony cieszy się jak dziecko, które dostało najlepsza zabawkę na świecie. Bez trudu potrafię sobie wyobrazić, że gdybym ja dostała latającą zbroję to pewnie przez godzinę latałabym nad miastem krzycząc z radości. Inną taką sceną jest moment gdy w "Iron Manie 3" Tony ratuje kilkanaście osób, które wypadły ze zniszczonego samolotu. Scena jest bardzo pomysłowa, a najlepsze jest wyjawienie, że Tony'ego tak na prawdę nie było w zbroi Iron Mana, gdy ratował rozbitków, bo sterował nią zdalnie (dzięki temu też mogła ona unieść większą liczbę spadających osób).
Myślę, że czynnikiem który w dużej mierze zadecydował o sukcesie "Iron Manów" ale też MCU w ogóle jest charyzma Roberta Downeya Jr. Aktor grający Iron Mana ma w sobie mnóstwo uroku osobistego, co sprawia, że od razu odczuwamy sympatię do granego przez niego bohatera. Nawet jeśli ten bohater jest trochę bucowaty. Nawe jeśli kwestie przez niego wypowiadane nie są zbyt mądre. Nawet jeśli trudno nam się z nim utożsamiać bo nie każdy jest miliarderem, genialnym wynalazcą, a do tego jeszcze superhohaterem. Bardzo trudno jest się oprzeć Tony'emu z jego kąśliwymi acz inteligentnymi żartami i złotym sercem ukrytym raz pod idealnie skrojonym garniturem, a raz pod super zaawansowaną zbroją.
Czy polecam wam oglądanie "Iron Manów" po tylu latach od ich powstania? W końcu technika filmowa ciągle idzie do przodu i logicznym jest, że filmy produkowane dziesięć lat temu, czy nawet pięć lat temu nie będą wyglądały tak dobrze, jak te produkowane dziś. Hm, myślę, że można, a nawet warto wrócić do "Iron Manów", zwłaszcza do części pierwszej. W filmach tych sceny akcji i żarty nadal działają znakomicie, nie poddając się próbie czasu. Muzyka jest bardzo dobrze dobrana, dodatkowo dynamizuje film ale też zdradza nam co nieco o charakterze głównego bohatera. Bohaterów zaś da się lubić - zarówno Tony, jak i Rhodey, Pepper czy Happy są postaciami, których losy śledzimy z przyjemnością. Tak więc polecam w wolnej chwili sięgnąć po przygody pierwszego bohatera MCU.
Miliard powodów żeby obejrzeć "Kapitan Marvel"
zdjęcie ze strony filmweb.pl
Kilka dni temu zarobki najnowszego filmu MCU "Kapitan Marvel" przekroczyły miliard dolarów. To spora suma, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że blockbustery i filmy superbohaterskie osiągają ostatnimi laty imponujące wyniki finansowe. Dlaczego jest to tak niezwykła sytuacja?
Czy wiecie ile filmów z kobietami w roli tytułowej, poza "Kapitan Marvel", zarobiło miliard dolarów? Dwa - "Piękna i Bestia" oraz "Alicja w Krainie Czarów". A ile filmów z superbohaterkami w roli głównej odniosło sukces nie tylko finansowy, ale także krytyczny? Poza najnowszą produkcją Marvela tylko "Wonder Woman" z DC Extendet Universe. Wystarczą te dwa fakty żeby stwierdzić, że sukces "Kapitan Marvel" jest czymś szczególnym.
Superbohaterki nie miały dotąd szczęścia do występów w filmach. Z serialami jest trochę lepiej ale to temat na oddzielny wpis. Kobiece bohaterki pojawiały się najpierw w serii filmów X-Men wytwórni Fox, a potem w filmach MCU. Mutantki z X-Menów nigdy nie grały dużej roli w kolejnych produkcjach i nie były zbyt ciekawie przedstawiane. Mystique, Strom czy Jean Grey były tylko dodatkami, tłem dla męskich bohaterów takich jak Wolverine, Profesor X i Magneto. I przez kilkanaście lat istnienia tego uniwersum nic nie zmieniło się na lepsze.
Troszkę lepiej wyglądała sytuacja w MCU. Black Widow po niezbyt udanym debiucie w "Iron Manie 2" gdzie była głównie "eye candy" w "Avengers" dostała już konkretną rolę do odegrania. W kolejnych filmach jej postać została trochę rozwinięta, a jednocześnie w uniwersum zaczęły się pojawiać inne superbohaterki. Kamieniem milowym w tym względzie była silna obsada kobieca filmu "Black Panther" gdzie głównemu bohaterowi T'Chali partnerowały jego siostra Shuri, przywódczyni gwardii pałacowej Okoye i ukochana Nakia. Potem był nie do końca udany "Ant-Man and the Wasp" gdzie mieliśmy parę tytułowych bohaterów, z których jedno było kobietą. Te wszystkie, lepiej lub gorzej wykreowane, postaci kobiece utorowały drogę Kapitan Marvel, która wkroczyła do uniwersum ze swoim własnym filmem.
Jeśli chodzi o solowe filmy z superbohaterkami to nie ma za bardzo o czym pisać. Mamy "Catwoman" (2004) z Halley Berry, film, który zebrał kilka Złotych Malin i niewiele lepszą "Elektrę" (2005) z Jennifer Gardner. Potem przez ponad dekadę nic. Aż w końcu pojawiła się "Wonder Woman" (2017) z Gal Gadot i odnosząc sukces zarówno finansowy, jak i krytyczny pokazała, że można zrobić dobry film o superbohaterce. I teraz, dwa lata później, na scenie zjawia się "Kapitan Mavel" z Brie Larson w roli głównej powtarzając, a tak właściwie to przebijając, sukces "Wonder Woman". Ponad miliard dolarów w ciągu zaledwie miesiąca wyświetlania w kinach. Wiele pozytywnych recenzji. I to w sytuacji gdy film jest o bohaterce, która poza środowiskiem komiksowym nie jest szczególnie znana. Taki sukces to fenomen.
Czy naprawdę jestem w stanie wymienić aż miliard powodów by obejrzeć film "Kapitan Marvel"? Zdecydowanie nie. Wymienię więc tylko trzy. Po pierwsze - miliony ludzi już obejrzały ten film i bardzo wielu z nich się spodobał, więc jest spora szansa, że i wam się podoba. Po drugie - film jest częścią MCU, które przez lata wyrobiło sobie markę i wybranie się na film z tego uniwersum niemalże gwarantuje dobrą rozrywkę. Po trzecie - do premiery "Avengers: Koniec Gry" zostały tylko dwa tygodnie, a w filmie tym Kapitan Marvel będzie mieć spora rolę do odegrania. Jeśli wcześniej chcecie się dowiedzieć czegoś o tej bohaterce powinniście obejrzeć jej solowy film.
Ja sama byłam na "Kapitan Marvel" tylko raz. Ala planuję powtórny seans (a nawet kilka powtórnych seansów). Widzimy się w kinie?
Kilka dni temu zarobki najnowszego filmu MCU "Kapitan Marvel" przekroczyły miliard dolarów. To spora suma, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że blockbustery i filmy superbohaterskie osiągają ostatnimi laty imponujące wyniki finansowe. Dlaczego jest to tak niezwykła sytuacja?
Czy wiecie ile filmów z kobietami w roli tytułowej, poza "Kapitan Marvel", zarobiło miliard dolarów? Dwa - "Piękna i Bestia" oraz "Alicja w Krainie Czarów". A ile filmów z superbohaterkami w roli głównej odniosło sukces nie tylko finansowy, ale także krytyczny? Poza najnowszą produkcją Marvela tylko "Wonder Woman" z DC Extendet Universe. Wystarczą te dwa fakty żeby stwierdzić, że sukces "Kapitan Marvel" jest czymś szczególnym.
Superbohaterki nie miały dotąd szczęścia do występów w filmach. Z serialami jest trochę lepiej ale to temat na oddzielny wpis. Kobiece bohaterki pojawiały się najpierw w serii filmów X-Men wytwórni Fox, a potem w filmach MCU. Mutantki z X-Menów nigdy nie grały dużej roli w kolejnych produkcjach i nie były zbyt ciekawie przedstawiane. Mystique, Strom czy Jean Grey były tylko dodatkami, tłem dla męskich bohaterów takich jak Wolverine, Profesor X i Magneto. I przez kilkanaście lat istnienia tego uniwersum nic nie zmieniło się na lepsze.
Troszkę lepiej wyglądała sytuacja w MCU. Black Widow po niezbyt udanym debiucie w "Iron Manie 2" gdzie była głównie "eye candy" w "Avengers" dostała już konkretną rolę do odegrania. W kolejnych filmach jej postać została trochę rozwinięta, a jednocześnie w uniwersum zaczęły się pojawiać inne superbohaterki. Kamieniem milowym w tym względzie była silna obsada kobieca filmu "Black Panther" gdzie głównemu bohaterowi T'Chali partnerowały jego siostra Shuri, przywódczyni gwardii pałacowej Okoye i ukochana Nakia. Potem był nie do końca udany "Ant-Man and the Wasp" gdzie mieliśmy parę tytułowych bohaterów, z których jedno było kobietą. Te wszystkie, lepiej lub gorzej wykreowane, postaci kobiece utorowały drogę Kapitan Marvel, która wkroczyła do uniwersum ze swoim własnym filmem.
Jeśli chodzi o solowe filmy z superbohaterkami to nie ma za bardzo o czym pisać. Mamy "Catwoman" (2004) z Halley Berry, film, który zebrał kilka Złotych Malin i niewiele lepszą "Elektrę" (2005) z Jennifer Gardner. Potem przez ponad dekadę nic. Aż w końcu pojawiła się "Wonder Woman" (2017) z Gal Gadot i odnosząc sukces zarówno finansowy, jak i krytyczny pokazała, że można zrobić dobry film o superbohaterce. I teraz, dwa lata później, na scenie zjawia się "Kapitan Mavel" z Brie Larson w roli głównej powtarzając, a tak właściwie to przebijając, sukces "Wonder Woman". Ponad miliard dolarów w ciągu zaledwie miesiąca wyświetlania w kinach. Wiele pozytywnych recenzji. I to w sytuacji gdy film jest o bohaterce, która poza środowiskiem komiksowym nie jest szczególnie znana. Taki sukces to fenomen.
Czy naprawdę jestem w stanie wymienić aż miliard powodów by obejrzeć film "Kapitan Marvel"? Zdecydowanie nie. Wymienię więc tylko trzy. Po pierwsze - miliony ludzi już obejrzały ten film i bardzo wielu z nich się spodobał, więc jest spora szansa, że i wam się podoba. Po drugie - film jest częścią MCU, które przez lata wyrobiło sobie markę i wybranie się na film z tego uniwersum niemalże gwarantuje dobrą rozrywkę. Po trzecie - do premiery "Avengers: Koniec Gry" zostały tylko dwa tygodnie, a w filmie tym Kapitan Marvel będzie mieć spora rolę do odegrania. Jeśli wcześniej chcecie się dowiedzieć czegoś o tej bohaterce powinniście obejrzeć jej solowy film.
Ja sama byłam na "Kapitan Marvel" tylko raz. Ala planuję powtórny seans (a nawet kilka powtórnych seansów). Widzimy się w kinie?
wtorek, 2 kwietnia 2019
Czy masz już swój bilet na "Avengers: Koniec gry"?
grafika ze strony geekalerts.com
Do premiery najnowszej odsłony przygód Avengersów zostało 3 tygodnie. A ekscytacja fanów zdaje się ciągle powiększać. Dziś rozpoczęła się sprzedaż biletów na pokazy przedpremierowe i zgadnijcie co - najlepsze miejsca poszły w ciągu kilku godzin. A w IMAXACH podobno nawet w ciągu kilku minut. Każdy spot promocyjny czy plakat są długo i szczegółowo omawiane. Spekulacjom na temat tego, co w filmie zobaczymy nie ma końca. Cała ta sytuacja jest dość niezwykła.
Nie twierdzę, że nie było filmów, na które fani kupowali bilety na długie tygodnie przed premierą. Nie twierdze, że nie był filmów, których treilery były omawiane niemal klatka po klatce. Wręcz przeciwnie, z miejsca mogę wam podać tytuły takich filmów - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy" i "Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi". A przecież zdajemy sobie sprawę, że "Star Wars" są popkulturowym fenomenem, który trwa od 40 lat i wychował już kilka pokoleń fanów. I zdaje się, że nawet jeśli filmy MCU nie są dziś zagrożeniem dla "Star Warsów", to za klika kolejnych lat mogą na tyle umocnić swoją pozycję na rynku i w sercach fanów, że będą równie popularne i istotne.
Sama kampania promocyjna "Avengers: Koniec gry" jest przykładem tego, jak solidna marka, którą jest MCU, może sobie pozwolić na reklamowanie swojego produktu (w tym przypadku filmu) najoszczędniej jak się da, jednocześnie wzbudzając w widzach niezwykłe emocje. Bo czego my tak na dobrą sprawę dowiedzieliśmy się ze zwiastunów czy fotosów? Poznaliśmy obsadę i wiemy, że jest dość liczna, choć do tego co było w "Avengers: Wojna bez granic" jej daleko. Nie wiemy, kto z bohaterów dostanie najwięcej czasu ekranowego i, co za tym idzie, najistotniejszy wątek. Ze zwiastunów możemy wnioskować, że akcja będzie się działa w kilku różnych lokacjach. I że chyba będzie jakaś podróż w czasie. Ale tak w sumie to nie wiadomo. Punktem wyjściowym filmu ma być próba odwrócenia przez bohaterów skutków pstryknięcia Thanosa. I to by było na tyle. W sytuacji gdy film ma trwać trzy godziny te informacje są raczej skąpe. A fani i tak się cieszą i czekają. Nic tylko uczyć się reklamy od Marvela.
Ja mój bilet już mam. Idę do kina 24.04 na pokaz przedpremierowy, który będzie mini maratonem trzeciej i czwartej części "Avengers". W tym momencie jest to dla mnie popkulturalne wydarzenie roku. Jeśli wy chcecie złapać jakieś dobre miejsca na premierę "Avengers: Koniec gry" to radzę szybko kupić bilety. Do zobaczenia w kinie!
Do premiery najnowszej odsłony przygód Avengersów zostało 3 tygodnie. A ekscytacja fanów zdaje się ciągle powiększać. Dziś rozpoczęła się sprzedaż biletów na pokazy przedpremierowe i zgadnijcie co - najlepsze miejsca poszły w ciągu kilku godzin. A w IMAXACH podobno nawet w ciągu kilku minut. Każdy spot promocyjny czy plakat są długo i szczegółowo omawiane. Spekulacjom na temat tego, co w filmie zobaczymy nie ma końca. Cała ta sytuacja jest dość niezwykła.
Nie twierdzę, że nie było filmów, na które fani kupowali bilety na długie tygodnie przed premierą. Nie twierdze, że nie był filmów, których treilery były omawiane niemal klatka po klatce. Wręcz przeciwnie, z miejsca mogę wam podać tytuły takich filmów - "Gwiezdne Wojny: Przebudzenie mocy" i "Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi". A przecież zdajemy sobie sprawę, że "Star Wars" są popkulturowym fenomenem, który trwa od 40 lat i wychował już kilka pokoleń fanów. I zdaje się, że nawet jeśli filmy MCU nie są dziś zagrożeniem dla "Star Warsów", to za klika kolejnych lat mogą na tyle umocnić swoją pozycję na rynku i w sercach fanów, że będą równie popularne i istotne.
Sama kampania promocyjna "Avengers: Koniec gry" jest przykładem tego, jak solidna marka, którą jest MCU, może sobie pozwolić na reklamowanie swojego produktu (w tym przypadku filmu) najoszczędniej jak się da, jednocześnie wzbudzając w widzach niezwykłe emocje. Bo czego my tak na dobrą sprawę dowiedzieliśmy się ze zwiastunów czy fotosów? Poznaliśmy obsadę i wiemy, że jest dość liczna, choć do tego co było w "Avengers: Wojna bez granic" jej daleko. Nie wiemy, kto z bohaterów dostanie najwięcej czasu ekranowego i, co za tym idzie, najistotniejszy wątek. Ze zwiastunów możemy wnioskować, że akcja będzie się działa w kilku różnych lokacjach. I że chyba będzie jakaś podróż w czasie. Ale tak w sumie to nie wiadomo. Punktem wyjściowym filmu ma być próba odwrócenia przez bohaterów skutków pstryknięcia Thanosa. I to by było na tyle. W sytuacji gdy film ma trwać trzy godziny te informacje są raczej skąpe. A fani i tak się cieszą i czekają. Nic tylko uczyć się reklamy od Marvela.
Ja mój bilet już mam. Idę do kina 24.04 na pokaz przedpremierowy, który będzie mini maratonem trzeciej i czwartej części "Avengers". W tym momencie jest to dla mnie popkulturalne wydarzenie roku. Jeśli wy chcecie złapać jakieś dobre miejsca na premierę "Avengers: Koniec gry" to radzę szybko kupić bilety. Do zobaczenia w kinie!
poniedziałek, 1 kwietnia 2019
Trzy powody dla których lubię oryginalną trylogię "Star Wars"
zdjęcie ze strony theredlist.com
"Gwiezdne Wojny" są fajne. I nie, to nie jest śmieszkowy wpis z okazji prima aprilis. Ja na prawdę tak sądzę. Mimo, że nie jestem fanką "Star Wars" to znalazłam w filmach z tego uniwersum wiele ciekawych i pociągających elementów. Ale dziś chcę się pochylić nad trzema największymi, według mnie, zaletami oryginalnej trylogii.
Powód pierwszy - "Star Wars" to widowiskowa baśń dziejąca się w kosmosie. Wiele osób myśli o "Gwiezdnych Wojnach" jako o dość typowym si fi. A tak naprawdę jest to fantasy osadzone w kosmosie. Można w nich znaleźć wiele elementów typowych dla baśni - chłopak znikąd, który staje się bohaterem, piękna, mądra i odważna księżniczka, łotrzyk o szlachetnym sercu, mężni i szlachetni rycerze, walka z wielkim złem. Gdyby odległe planety zmienić na egzotyczne krainy, statki kosmiczne zmienić na okręty morskie, miecze świetlne na zwykłe miecze, blastery na kusze itd. ta opowieść byłaby nie mniej fascynująca. I to korzystanie z sprawdzonych archetypów ubranych po prostu w atrakcyjniejsze szatki bardzo mi się podoba.
Powód drugi - historia odkupienia Dartha Vadera. Nie od dziś wiadomo, że intrygują nas czarne charaktery z filmów czy książek. Lubimy poznawać historię z ich punktu widzenia, chcemy się dowiedzieć co ich ukształtowało. Ale to co lubimy najbardziej to historie odkupienia w których potężni, przerażający złoczyńcy odnajdują w sobie dobro i ostatecznie przyczyniają się do zwycięstwa bohaterów pozytywnych. A cóż może być bardziej widowiskowego niż historia nawrócenia Dartha Vadrea, będącego ikoną ciemnej strony mocy, odpowiedzialnego za uciemiężenie i śmierć miliardów istot na wielu planetach? Nie ma nic bardziej epickiego.
Powód trzeci - młody Harrison Ford w roli Hana Solo. Czy ten punkt wymaga rozwijania? Chyba nie. Będąc dzieckiem uwielbiałam oglądać serię filmów z Indianą Jonesem, w których tytułową rolę grał właśnie Harrison Ford. Ford był dla mnie idealnym ucieleśnieniem bohatera kina przygodowego. Odważny, zaradny, wygadany, potrafiący znaleźć wyjście z każdej sytuacji. I do tego oczywiście przystojny. Dokładnie taki jest jego Han Solo. Trzeba mieć chyba serce z kamienia żeby nie dać mu się oczarować.
Pean pochwalny na cześć "Star Wars" zakończę stwierdzeniem, że można je lubić lub ich nie lubić ale na pewno nie można zaprzeczyć temu, jak wielką rolę odegrały w popkulturze ostatnich 40 lat. Z jednej strony wryły się w kulturę popularną, tak, że dziś niemal każde dziecko rozpozna hełm Vadera lub miecz świetlny. Z drugiej - "Gwiezdne Wojny" przetarły szlak innym markom si fi, takim jak choćby "Star Trek". Więc, czy chcemy tego czy nie, żyjemy w świecie który ma "Star Wars" w krwioobiegu.
"Gwiezdne Wojny" są fajne. I nie, to nie jest śmieszkowy wpis z okazji prima aprilis. Ja na prawdę tak sądzę. Mimo, że nie jestem fanką "Star Wars" to znalazłam w filmach z tego uniwersum wiele ciekawych i pociągających elementów. Ale dziś chcę się pochylić nad trzema największymi, według mnie, zaletami oryginalnej trylogii.
Powód pierwszy - "Star Wars" to widowiskowa baśń dziejąca się w kosmosie. Wiele osób myśli o "Gwiezdnych Wojnach" jako o dość typowym si fi. A tak naprawdę jest to fantasy osadzone w kosmosie. Można w nich znaleźć wiele elementów typowych dla baśni - chłopak znikąd, który staje się bohaterem, piękna, mądra i odważna księżniczka, łotrzyk o szlachetnym sercu, mężni i szlachetni rycerze, walka z wielkim złem. Gdyby odległe planety zmienić na egzotyczne krainy, statki kosmiczne zmienić na okręty morskie, miecze świetlne na zwykłe miecze, blastery na kusze itd. ta opowieść byłaby nie mniej fascynująca. I to korzystanie z sprawdzonych archetypów ubranych po prostu w atrakcyjniejsze szatki bardzo mi się podoba.
Powód drugi - historia odkupienia Dartha Vadera. Nie od dziś wiadomo, że intrygują nas czarne charaktery z filmów czy książek. Lubimy poznawać historię z ich punktu widzenia, chcemy się dowiedzieć co ich ukształtowało. Ale to co lubimy najbardziej to historie odkupienia w których potężni, przerażający złoczyńcy odnajdują w sobie dobro i ostatecznie przyczyniają się do zwycięstwa bohaterów pozytywnych. A cóż może być bardziej widowiskowego niż historia nawrócenia Dartha Vadrea, będącego ikoną ciemnej strony mocy, odpowiedzialnego za uciemiężenie i śmierć miliardów istot na wielu planetach? Nie ma nic bardziej epickiego.
Powód trzeci - młody Harrison Ford w roli Hana Solo. Czy ten punkt wymaga rozwijania? Chyba nie. Będąc dzieckiem uwielbiałam oglądać serię filmów z Indianą Jonesem, w których tytułową rolę grał właśnie Harrison Ford. Ford był dla mnie idealnym ucieleśnieniem bohatera kina przygodowego. Odważny, zaradny, wygadany, potrafiący znaleźć wyjście z każdej sytuacji. I do tego oczywiście przystojny. Dokładnie taki jest jego Han Solo. Trzeba mieć chyba serce z kamienia żeby nie dać mu się oczarować.
Pean pochwalny na cześć "Star Wars" zakończę stwierdzeniem, że można je lubić lub ich nie lubić ale na pewno nie można zaprzeczyć temu, jak wielką rolę odegrały w popkulturze ostatnich 40 lat. Z jednej strony wryły się w kulturę popularną, tak, że dziś niemal każde dziecko rozpozna hełm Vadera lub miecz świetlny. Z drugiej - "Gwiezdne Wojny" przetarły szlak innym markom si fi, takim jak choćby "Star Trek". Więc, czy chcemy tego czy nie, żyjemy w świecie który ma "Star Wars" w krwioobiegu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







