poniedziałek, 27 maja 2019

"Part of the journey is the end" - spoilerowe refleksje po filmie "Avengers: Koniec gry"

                                                 obraz ze strony hdwallpapers.in 


Minął miesiąc od premiery filmu "Avengers: Koniec gry". Co się w tym czasie nie działo. Tuż przed premierą nastąpił wyciek spoilerów (spotkałam się z teorią, że był to wyciek kontrolowany). Pokazy przedpremierowe i premierowe były dość mocno oblegane. Po pierwszym weekendzie film zarobił ponad miliard dolarów. Po drugim weekendzie "Avengers" utrzymali tempo lądując z ponad dwoma miliardami dolarów na miejscu drugim najlepiej zarabiających filmów. Teraz, po czterech tygodniach, od zastania najlepiej zarabiającym filmem wszechczasów dzieli najnowszy film MCU trochę ponad 100 mln dolarów. Tego się nie spodziewałam. Wątpię żeby ktokolwiek się spodziewał takiego obrotu spraw.


Nie chcę pisać po raz kolejny o fenomenie MCU, o tym jak to przez ponad dekadę dostawaliśmy dobre historie ze świetnymi bohaterami. Chcę się podzielić pewnymi spoilerowymi przemyśleniami i uwagami odnośnie "Avengers: Koniec gry" gdyż będą one w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie w czym tkwi niezwykłość filmów Marvela. Bo najnowsi "Avengers" to takie MCU w pigułce. Ulubieni bohaterowie, wyczekiwane wątki i sceny - wszystko w jednym miejscu.


Jestem już po pięciu seansach filmu i po każdym miałam trochę inne odczucia. Za każdym razem zwracałam uwagę na inne elementy, odkrywałam nowe szczegóły. Przy czwartym seansie zwracałam uwagę raczej na rzeczy dziejące się na drugim czy trzecim planie niż na główna akcję. I doszłam do wniosku, że właśnie, między innymi, tymi smaczkami film stoi. Bo nawet największe zwroty akcji, nawet najbardziej widowiskowe bitwy po którymś seansie trochę się opatrzą. A wyszukiwanie momentów, w których po twarzy bohatera przemyka jakaś emocja, albo kadrów podczas wielkiej bitwy, na których widzimy sekundową interakcje dwóch bohaterów to doskonała zabawa, przynajmniej dla mnie.


Nie chce sie za bardzo rozpisywac o watkach Iron Mana, Kapitana Ameryki i Thora bo kazdy z nich zostal juz solidnie znalizowany w recenzjach, które czytalam i video recenzjach, które ogladalam. O wielkiej trójce napisze zapewne osobny tekst. Tutaj skupie sie na bohaterach, ktorzy mieli dotad mniej miejsca w filmach.


Wiele osob narzeka, że coś mało tej Kapitan Marvel bylo w filmie. Racja, czasu ekranowego miala malo. Ale jak już sie pojawiała to była absolutnym badassem. Pierwsze pojawienie się - Carol ratuje życie Tony'emu i Nebuli dryfujacym przez bezmiar kosmosu. Drugie pojawienie się - Carol ratuje bohaterów przed ostrzalem ze statku Thanosa i stacza bardzo wyrównaną walkę wręcz z Szalonym Tytanem, ktora Thanos wygrywa, bo oszukuje używając Kamienia Mocy. Mina Thanosa gdy uderza Carol z główki, a ona nawet nie mruga jest bezcenna. Myślę, że w kolejnych filmach nie raz będziemy mieli okazje podziwiać Kapitan Marvel. A jesli komus jej mało, to zapraszam do kina, jej solowy film ciagle jest w repertuarze.


Ant-Man byl dotąd dla wielu osób bardziej comic reliefem niż pelnoprawnym bohaterem. Bo to taka ofiara życiowa, ktora umie się zmniejszać do rozmiaru insekta oraz gadac z mrowkami nie powala ani haryzmą ani supermocami. A jednak - Scott Lang odegrał niepoślednią rolę w wydarzeniach z "Avengers: Koniec gry" i myślę, że wskoczył dzięki temu do ligi mistrzów. Z jednej strony to o wymyślił "przekręt czasowy", z drugiej dostarczył sporo humoru jak choćby w scenie z pierwszą próbą podróży w czasie, koordynowaną przez Profesora Hulka.  Jeśli pojawi się w kolejnej część "Avengers" czy innym grupowym filmie to już jako pełnoprawny bohater, który pomógł uratować wszechświat. Jeżeli zaś zobaczymy kolejny solowy film Ant-Mana to bardzo interesującym będzie oglądać Scotta w roli ojca nastolatki, która różni się znacząco od roli ojca małej dziewczynki.


Z wątków pobocznych chyba najbardziej urzekł mnie wątek Nebuli. W pierwszych "Strażnikach Galaktyki" Nebula była generyczną złą siostrą i gdyby po tym filmie zniknęła to chyba by mnie to nie obeszło. W "Strażnikach Galaktyki vol.2" zyskała ona więcej głębi i jej relacja z Gamorą została lepiej nakreślona. Jedną z bardziej emocjonalnych scen w "Avengers: Wojna bez granic" była ta, gdy Gamora, chcąc uchronić Nebulę przed torturami, zdradziła Thanosowi położenie Kamienia Duszy. Zrobiła to mimo, że wcześniej gotowa była popełnić samobójstwo byle tylko Thanos nie zdobył kolejnego Kamienia. Ten drobiazg pokazał nam, że w międzyczasie Gamora i Nebula zbliżyły się do siebie. Ten fakt na duże znaczenia dla wątku Nebuli w "Avengers: Koniec gry".


W pierwszych minutach "Avengers: Koniec gry" widzimy Nebulę i Starka na uszkodzonym statku Strażników, w sytuacji gdy kończy im się tlen i od śmierci dzielą ich dosłownie godziny. Mamy okazje obserwować Nebulę w zgoła zaskakujących sytuacjach - gdy opiekuje się osłabionym Starkiem i gdy, najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu, ma okazję się bawić. Łatwo mi sobie wyobrazić, że córka Thanosa we wcześniejszych latach swego życia nie miała okazji by grać w gry czy robić czegoś dla zabawy bo była bardzo na serio zajęta zabijaniem lub planowaniem zabójstw. Dlatego ta krótka scena w której Tony uczy Nebuli strzelania rzutką do bramki głęboko mnie poruszyła.


A potem jest ta milcząca, króciutka scena gdy Nebula i Rocket siedzą obok siebie na schodach, pocieszając się po stracie, której doznali. Kilkanaście minut później, już po śmierci Szalonego Tytana, Nebula, mając na twarzy krew, pochyla się nad szczątkami swojego ojca i zamyka mu oczy. Spełniło się jej marzenie o śmierci Thanosa ale nie wygląda na zadowoloną. Tu przypomina mi się scena z "Avengers: Wojna bez granic" gdy Gamora zaczyna płakać, gdy Thanos za pomocą Kamienia Rzeczywistości przekonuje ją, że go zabiła. Można by tak analizować scena po scenie. Widzimy, jak bardzo zmieniła się Nebula, odkąd poznaliśmy ją w "Strażnikach...". Już nie kieruje nią pragnienie zemsty, zabijanie przestało być celem jej życia. W obliczu tego dość tragiczny jest moment gdy "starsza" Nebula musi zabić "młodszą" Nebulę, godząc się z tym, że tej jej innej wersji nie będzie dane zaznać życia z dala od Thanosa, życia polegającego na czymś innym niż ciągłe zabijanie.


Pod koniec filmu Nebula pojawiła się w towarzystwie pozostałych Strażników Galaktyki. Mam nadzieję, że oznacza to, iż dołączy na stałe do zespołu. Chciałabym zobaczyć jej dalszy rozwój, zwłaszcza, że jest bardzo kompetentną postacią, a zderzenie jej osoby ze Strażnikami i Thorem na dokładkę stworzyłoby rewelacyjną mieszankę.


W związku z wątkiem Profesora Hulka czuję pewien niedosyt. Z jednej strony zobaczyliśmy coś zupełnie nowego - połączenie Bannera i Hulka w jedna osobę - bardzo inteligentną, bardzo silną, zrównoważoną i pewna siebie. Z drugiej strony Hulk miał swój absolutnie epicki moment - nałożenie nowej Rękawicy Nieskończoności i sprowadzenie z powrotem wszystkich istot "wysptrykniętych" przez Thanosa. Ale... Tego Hulka było trochę za mało. Chętnie zobaczyłabym choć krótką przebitkę na te osiemnaście miesięcy eksperymentów prowadzonych przez Bannera w laboratorium gamma. Niestety, film już i tak trwa trzy godziny i nie potrafię wskazać, co należałoby z niego wyrzucić żebyśmy dostali więcej Profesora Hulka. Historia Hulka została w pewien sposób zamknięta. Porażka w pierwszej walce z Thanosem zmobilizowała Bannera do rozwiązania swojego odwiecznego problemu - wewnętrznego konfliktu z Hulkiem. To był jego sposób na przepracowaniu traumy po tak wielkiej klęsce która spotkała jego, jego drużynę i ludzkość. W "Avengers: Koniec gry" Banner godzi się z samym sobą i w jakimś sensie odkupuje swoją wcześniejszą porażkę. Czy zobaczymy go w następnych filmach? Mam nadzieję, że pojawi się w roli mentora dla nowego pokolenia bohaterów, będzie dla nich robił fajne gadżety i udzielał im mądrych rad.


Trudno omawiać mi oddzielnie wątki Czarnej Wdowy i Hawkeya. Od "Avengers" podkreślane było, że Natasha i Clint to najlepsi przyjaciele i doskonały zespół. W "Avengers" Czarna Wdowa robiła wszystko by obudzić Hawkeya kontrolowanego przez Lokiego, a potem w czasie Bitwy o Nowy Jork wspominali Budapeszt. W "Avengers: Czas Ultrona" okazało się, że Natasha była jedną z nielicznych osób, które wiedziały, że Clint ma żonę i dzieci. W filmie "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" podczas walki na lotnisku Hawkeye zapytał Wdowę czy nadal są przyjaciółmi, mimo, że walczą po przeciwnych stronach. W najnowszym filmie przyjaźń tej dwójki ponownie odgrywa dużą rolę.


Natasha ze skutkami pstryknięcia Thanosa poradziła sobie zamykając się w siedzibie Avengers i szukając zagrożeń, którymi można byłoby się zająć. Nie będąc w stanie w żaden sposób odwrócić skutków pstryknięcia szuka czegoś z czym może walczyć, czemu da radę podołać. Clint, po tym jak jego rodzina wyparowała podczas przygotowań do obiadu (ta scena była prosta i wstrząsająca zarazem) i nie mógł na to nic poradzić, zaczął zabijać ludzi, którzy, w przeciwieństwie do jego żony i dzieci, nie zasłużyli by dalej żyć. Gdy Natasha i Clint odzyskali nadzieje, gdy stanęli przed szansą ściągnięcia wszystkich z powrotem, byli bardzo zdeterminowani. I trafili razem na Vormir. 


Czy zaskoczę was pisząc ze scena na Vormirze rozgrywająca się miedzy Thanosem, a Gamora była dla mnie jedna z najbardziej emocjonalnych? Ile razy oglądałam "Avengers: Wojna bez granic" tyle razy płakałam, gdy Gamora spadała do Studni Dusz. A scena w której Clint i Natasha walczyli o to, które z nich poświęci swoja duszę, aby to drugie mogło odejść z Kamieniem rozbiła mnie emocjonalnie jeszcze bardziej. Oboje chcieli wypełnić misje, oboje chcieli tez ocalić życie przyjaciela poświęcając swoje. Ich motywacje są troszeczkę inne - Clint chciał aby jego rodzina wróciła, nawet jeśli on już ich nie zobaczy, Natasha przez lata żyła obsesją uratowania wszystkich, postąpienia jak prawdziwa bohaterka. Gdy Natasha w końcu "wygrała" i legła na dnie Studni, w tej samej pozycji, co wcześniej Gamora, a Clint płakał patrząc na Kamień Dusz, który pojawił się w jego prawej dłoni, ja płakałam nad nimi obojgiem. 


Czy jest nad czym płakać? Natasha chciała się poświecić aby odwrócić skutki pstryknięcia Thanosa i to właśnie zrobiła. Clint chciał odzyskać rodzinę i w zakończeniu filmu widzimy go gdy wita się z zona i dziećmi. Cóż, nadal uważam, ze jest. Przez lata zżyłam się z ta dwójką bohaterów, nawet nie zdawałam sobie sprawę jak bardzo, i w sytuacji gdy jedno zginęło, a drugie musiało patrzeć na śmierć przyjaciela trudno mi się nie wzruszyć. 


Dotyczy to tez wątków innych postaci. Wzruszyłam się podczas pogrzebu Tony'ego ale chyba jeszcze bardziej słuchając jego pożegnalnej wiadomości do Pepper i Morgan zakończonej słowami "I love you 3000". Serce mi bilo jak szalone gdy zmordowany Kapitan stanął sam na przeciwko Thanosa i jego armii, gotów walczyć do ostatniego tchu, a za jego plecami otwarły się portale i przybyła odsiecz z chyba wszystkich zakątków galaktyki. Coś mnie w środku ścisnęło gdy zobaczyłam reakcje Tony'ego na powrót Petera Parkera. Przeżywałam każdy seans "Avengers: Koniec gry" cala sobą, śmiejąc się i plącząc, ciesząc się, ze widzę po raz kolejny moich ulubionych bohaterów, lękając się o ich losy. I to jest, w moim przekonaniu, fundament trwającej popularności filmów MCU. Bohaterowie, bohaterowie i jeszcze raz bohaterowie. Ze wszystkimi wadami i zaletami, porażkami i tryumfami. Z konfliktami, przyjaźniami, romansami i relacjami rodzinnymi. 


Nie ujmuje tu nic stronie technicznej filmu. Biorcą pod uwagę jak długi jest ten film i ile rzeczy twórcy w nim upchnęli najnowsi "Avengers" są historia spójna i z dobrym tempem. Zdjęcia, dźwięk, muzyka i efekty specjalne są na poziomie "dobrego blockbustera" czyli nie są ani dużo gorsze, ani dużo lepsze niż w innych filmach wysokobudżetowych. Więcej o tym pisać nie będę bo na technikaliach znam się tak sobie. Nie będę tez pisać o wadach filmu bo to dla mnie oczywiste, ze ten film, jak każdy, trochę wada ma. Na szczęście "Avengers: Koniec gry" ma więcej zalet niż wad o czym świadczą dobre recenzje i wysokie zarobki filmu. 


Iron Manowi, Kapitanie Ameryce i Thorowi poświecę oddzielny wpis gdyż byli oni filarami dotychczasowego uniwersum i historia każdego z nich w jakiś sposób się zakończyła. Thora zobaczymy niemal na pewno w filmach kolejnej fazy, możliwe tez, ze spotkamy jeszcze starszego Steve'a Rogersa, ktoś tez zapewne obejmie dziedzictwo Toney'ego Starka. Ale tu wkraczamy już na teren spekulacji na temat przyszłości. A w tej chwili ważne jest to, ze pewien etap podroży dobiegł końca. Dla bohaterów i dla nas - widzów. Czeka nas jeszcze epilog tej historii w filmie "Spider-Man: Daleko od domu". I to całkiem niedługo bo za piec tygodni. 


Jeśli jakimś cudem jeszcze nie widzieliście "Avengers: Koniec gry" to zapraszam was do kin. Jeśli już raz widzieliście ten film to może skusicie się na powtórny seans, gdyż, moim zdaniem, "Koniec gry" jest idealny do powtórnych seansów i wyłapywania kolejnych szczegółów z drugiego, trzeciego, czwartego planu. Ja będę się usilnie starała znaleźć czas na kolejny seans. Bo ciągle trudno mi się pożegnać z ulubionymi herosami na końcu naszej wspólnej drogi. 



                                                zdjecie ze strony slashfilm.com

piątek, 24 maja 2019

Kto czeka na "X-Men: Mroczna Phoenix"?


                                                   zdjęcie ze strony antyradio.pl

Za dwa tygodnie będzie miała premierę najnowszy film z uniwersum X-Men. Kampania promocyjna nie jest jakoś szczególnie intensywna. Są zwiastuny (zapowiadające powtórkę z "X-Men: Ostatni bastion") są plakaty, całkiem ładne zresztą. Według portalu filmweb.pl całkiem spore grono widzów ma zamiar obejrzeć film (ponad 20 tysięcy osób), pytanie brzmi tylko czy wybiorą się oni do kina czy raczej poczekają aż film wypłynie do Internetu i obejrzą go w domu. Ja sama na pewno pójdę do kina, choć gdyby ktoś mnie zapytał o najbardziej oczekiwane filmy nadchodzących miesięcy to nie byłoby wśród nich "X-Men: Mroczna Phoenix".


Uniwersum filmów X-Men stworzone przez wytwórnie Fox nie jest jakoś szczególnie bliskie mojemu sercu. Filmy o mutantach zaczęłam oglądać pięć lat temu, gdy byłam już wkręcona w filmy MCU. Spodobały mi się na tyle, ze kolejne odsłony serii śledziłam w kinie ("X-Men: Apocalypse", "Logan"), zainteresowałam się tez serialami anonimowymi z X-Men, a potem "Legionem" i The Gifted". Dobrze się to wpisywało w moje zainteresowanie historiami superbohaterskimi. Po tych kilku latach moja fascynacja X-Men niestety spadła. "X-Men: Apocalypse" nie było, moim zdaniem, najlepszym filmem. "Logan" z kolei podobał mi się bardzo, żałowałam, ze nie mogę go zobaczyć drugi raz na ekranie kinowym. Miałam możliwość wybrać się do kina dopiero w ostatnim dniu, gdy "Logan" był grany i opcji "w przyszłym tygodniu pójdę jeszcze raz na ten super film" nie było. I o tego czasu - od dwóch lat - tak jakby nic. Nowych animacji z X-Men nie ma, są tylko dwa, emitowane na przemian, seriale praktycznie nie powiązane z uniwersum filmowym. Dla mnie to za mało żeby podtrzymać moje zainteresowanie światem mutantów.


Premiera "X-Men: Mroczna Phoenix" była już dwa razy przekładana. Podobnie jak premiera "New Mutants". Z czego to wynika? Może studio Fox zdawało sobie sprawę, ze ich najnowsze produkcje o mutantach są niedopracowane? A może miało to związek z negocjacjami Foxa z Disney'em odnośnie sprzedaży swoich zasobów filmowych i serialowych (które Disney koniec końców odkupił)? Nie ma to większego znaczenia. Znaczenie ma to, ze widzowie czekają na nowe filmy z X-Men, a daty ich premier są przekładana. To nie wpływa dobrze na zainteresowanie widowni. Zwłaszcza, ze zwiastuny "Mrocznej Phoenix" zapowiadają kolejny konflikt miedzy Profesorem X, a Magneto i pozostałych mutantów miotających się miedzy nimi, a do tego wielkie niebezpieczeństwo przed którym X-Men musza obronić świat. Już widzieliśmy ta historie w pierwszej trylogii "X-Men"oraz w "X-Men: Pierwsza klasa" i "X-Men: Apocalypse". MCU potrafi wypuścić dwa, a nawet trzy filmy rocznie, teoretycznie wszystkie superhero, a praktycznie każdy z innymi bohaterami, z inna historia, w innym klimacie. Weźmy zeszłoroczne "Blacka Panther", "Avengers: Wojna bez granic" i "Ant-Man and the Wasp". Foxowi trochę to nie wyszło.


Doceniam zasługi "X-Men" i "X-Men 2" dla kina superboahterskiego. Bez tamtych filmów nie powstałoby MCU, ani DCEU, nie powstałaby cala masa świetnych filmów takich jak choćby "Spider-Man: Uniwersum". Jednak po kilkunastu latach gwiazda tego uniwersum gaśnie i upada. I wcale mi nie żal, ze po "X-Men: Mroczna Phoenix" i po "New Mutans", którego daty premiery nie znamy, uniwersum mutantów zostanie zamknięte. A za kilka lat otrzymamy reboot od Disneya, co do którego możemy mieć duże nadzieje.


Wracając do pytania z tytułu - kto czeka na najnowszą odsłonę "X-Men"? Ktoś z pewnością czeka. Ale bardzo wątpię żeby film okazał się takim przebojem jak choćby te mniejsze filmy MCU. I bardzo wątpię żeby fani długo rozpaczali gdy oficjalnie zostanie ogłoszony recasting naszych ulubionych postaci i restart uniwersum mutantów. Mi będzie tylko troszkę szkoda odtwórców ról Charlsa Xaviera i Ericka Lehnsherra bo w dużej mierze to oni utrzymywali ta serie na powierzchni. 



                                                 zdjęcie ze strony film.interia.pl 

niedziela, 19 maja 2019

Nie taki "Praziomek" straszny, jak go malują

                                               zdjęcie ze strony film-base.pl

"Mamo, tato! Wybierzmy się na ten film!" - powiedziało żadne dziecko na widok plakatu filmu animowanego "Praziomek" nigdy. No może trochę przesadziłam. Trochę. Plakat "Praziomka" przedstawia dwójkę głównych bohaterów ustawionych jak do zdjęcia porterowego. Osoba robiąca kampanię reklamową filmu chyba pomyślała sobie "w prostocie siła" i trochę się przeliczyła.


Na filmie "Praziomek" byłam w kinie dwa razy, raz sama, drugi raz z moim dziesięcioletnim siostrzeńcem. I za drugim razem bawiłam się chyba lepiej niż mój siostrzeniec co jest trochę dziwne. A może wcale nie jest bo "Praziomek" jest odrobinę niedzisiejszy. Jest to film stworzony metodą animacji poklatkowej, co jest dziś raczej rzadko spotykane. Około czterdziestu - trzydziestu lat temu ta metoda była dość często wykorzystywana i pamiętam, że oglądałam nie raz i nie dziesięć razy animacje robione w ten sposób w paśmie wieczorynki. Dziś ta metoda jest bardzo rzadko wykorzystywana, jej miejsce zajęła tradycyjna animacja i animacja 3d. Można rzec, że taka jest kolej rzeczy - techniki starsze i mniej atrakcyjne są wypierane przez techniki nowsze i bardziej interesujące dla widzów. Mimo to troszkę mi żal, najbardziej chyba z powodu wspomnień i sentymentu.


"Praziomek" jest opowieścią o przyjaźni aspirującego odkrywcy Sir Lionela Frosta i mitycznej Wielkiej Stopy zwanej też Praziomkiem lub Zuzią. Obaj bohaterowie szukają początkowo akceptacji, wsparcia, uznania - jednym słowem przyjaźni - wśród podobnych sobie. Sir Lionel chce zostać przyjęty w poczet poważanych podróżników-odkrywców, a samotny Praziomek chce zostać przyjęty do społeczności swoich kuzynów, Yeti. Ku swojemu, i trochę naszemu, zaskoczeniu bohaterowie zaprzyjaźniają się i tworzą zgrany duet. W towarzystwie charakternej Adeliny Fortnight panowie przeżywają ekscytujące przygody podróżując przez pół świata - z zachodnich stanów Ameryki Północnej, przez Europę, do Himalajów w Azji. Podróż ta przypomina, jak żywo, historie z książek Verne'a. To jest pewnie kolejny powód, dla którego tak dobrze odebrałam ten film - bardzo lubię książki J. Verne'a, mając 12 - 15 lat zaczytywałam się w nich pasjami.


W warstwie fabularnej animacja ta jest raczej prosta - mamy już na początku powiedziane, kto z bohaterów jest postacią pozytywną, a kto negatywną i kto do jakich celów dąży. Relacje między bohaterami też są jasne i rozwijają się w logiczny sposób. Zakończenie jest tylko troszkę zaskakujące. Słowem - typowa animacja dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Z drugiej strony dostajemy też kilka żartów słownych i wizualnych, które załapią raczej dorośli niż dzieci. Całość jest tak zbalansowana aby podobała się młodszemu widzowi ale oferowała też coś widzowi dorosłemu.


W kwestiach technicznych twórcy filmu spisali się dobrze. Czasami zaskakują nas bardzo dobrze oddaną fakturą materiału marynarki, błota czy lodu, czasem animacja jest trochę mniej staranna ale generalnie trzyma przyzwoity poziom. Ze ścieżki dźwiękowej zapadła mi w pamięć chyba tylko piosenka lecąca na napisach końcowych -  "Do-Dilly-Do (A Friend Like You)", która jest jednak bardzo przyjemna i, co najważniejsze, doskonale oddaje morał filmu, że przyjaźń można odnaleźć w najmniej oczekiwanym miejscu i okolicznościach.


Jeśli szukacie czegoś wartościowego do obejrzenia z dzieckiem lub, jak ja, macie sentyment do filmów tworzonych za pomocą animacji poklatkowej to "Praziomek" jest pozycją idealną dla was. Zabawny i inteligentny, wychwalający siłę prawdziwej przyjaźni. Wybierzcie się do kina nim film znikanie z ekranów. Z całego serca wam go polecam!

wtorek, 14 maja 2019

"Kraina cudów" czeka na Was

                                                       zdjęcie ze strony film-base.pl

Zabłądziłam wczoraj do kina na film kierowany typowo dla dzieci, na "Krainę cudów". Co kilka tygodni oglądam jakąś animację, zazwyczaj dlatego, że ma dobre recenzje albo dlatego, że zwiastun wydaje mi się wyjątkowo interesujący. Tym razem poszłam na coś co już okrzyknięto klapą. Recenzje na Rotten Tomatoes dają "Krainie cudów" mniej niż 40% co można posumować jako "bieda z nędzą". A zwiastun, który był puszczany w kinie przed innymi filmami też nie powalał. Czyli co - półtorej godziny zmarnowane? Otóż nie.


Zacznijmy może od tego zwiastuna. Widziałam go kilka razy i nie powiedział mi on prawie nic o filmie poza tym, że to ma być film dla dzieci i że pojawi się w nim magiczny lunapark z gadającymi zwierzakami. To trochę mało jeśli weźmiemy pod uwagę, że do kin niemal co tydzień trafia jakaś animacja kierowana do dzieci i że często w tych animacjach dostajemy jakieś baśniowe krainy i gadające zwierzaki. Jeśli twórcy filmu chcą nam swój produkt sprzedać to powinni w zwiastunie czy na plakacie umieścić jakiś haczyk, który ściągnie widzów. Już nie raz się zdarzało, że kiepski film miał dobrą kampanię reklamową, dzięki czemu ściągnął widzów do kin już w pierwszych dniach wyświetlania i zarobił na siebie zanim kiepskie recenzje się rozeszły.


Na luksus oszczędnej kampanii reklamowej mało kto może sobie pozwolić. Może w wypadku filmów należących do znanej i lubianej franczyzy, takiej jak Star Wars, wystarczy pokazać cokolwiek, a widzowie i tak zwala się do kin. Sytuacją działającą na korzyść filmu są też zawsze znane nazwiska w obsadzie bo wtedy trochę ludzi pójdzie "na aktora" i bilety się sprzedadzą. Niestety "Kraina cudów" nie jest powiązana z żadną znaną marką i nie ma żadnych popularnych nazwisk w obsadzie. Zwiastun ludzi nie zainteresowała i do kina nie poszli. Na prawdę nie poszli - na seansie na którym ja byłam był jeszcze jakiś mężczyzna z około siedmioletnim chłopcem.


Jaka jest ta "Kraina cudów"? Prosta i przyjemna. Fabułę ze wszystkimi zwrotami akcji można streścić w kilku zdaniach. Ośmioletnia June razem ze swoją mamą buduje makietę magicznego lunaparku zwanego Krainą Cudów. Gdy mama zapada na ciężką chorobę i musi wyjechać (chyba do jakiejś kliniki) June przestaje się bawić Krainą Cudów i korzystać ze swojej przebogatej wyobraźni. Pewnego dnia June trafia do tajemniczego lasu w którym odnajduje Krainę Cudów, dokładnie taką, jak ją z mamą zbudowała, tylko, że w ruinie, jakby po jakimś kataklizmie. June, mając za towarzyszy grupkę uroczych gadających zwierzaków, odkrywa, że aby ponownie uruchomić lunapark musi się zmierzyć ze swoimi lękami, które wywołała choroba mamy. June, dzięki miłości do matki przywraca Krainie Cudów dawna świetność, wraca do domu pełna nadziei i zaraz potem zjawia się jej mama, cała i zdrowa. Koniec. Opowieść w sam raz dla dzieciaka w wieku 6 - 10  lat. Jest w niej trochę humoru, troszeczkę akcji, można się też wzruszyć. Skąd więc te kiepskie recenzje? Nie wiem.



Od strony technicznej film jest zrobiony dobrze - technika animacji jest w porządku, muzyka jest klimatyczna. Od strony fabularnej też jest ok - postaci dają się lubić, historia jest zrozumiała i ma sensowny morał. Widziałam całkiem sporo animacji gorszych niż ta. Ale z jakiegoś powodu to "Kraina Cudów" została napiętnowana jako ten kiepski film, na który nawet nie warto iść do kina.


Moi drodzy, jeśli macie dziecko, bratanicę, siostrzeńca lub małe kuzynostwo zabierzcie je do kina na "Krainę Cudów". Myślę, że jest duża szansa na to, że mile spędzicie czas. Film jest bardzo przyjazny młodemu widzowi (nie ma w nim durnego slapstiku ani żartów dla dorosłych o podtekście erotycznym lub politycznym), a i dorosły cierpiał na nim nie będzie. Dołóżcie swoją cegiełkę do tego, żeby ten sympatyczny film wyszedł na swoje i nie został kompletną klapą finansową.

środa, 1 maja 2019

Pstryk! Miliard dolarów zarobku w jeden weekend.

                                                 zdjęcie ze strony coomingsoon.net





Pstryk! Po pierwszym weekendzie wyświetlania "Avengers: Koniec gry" zarobiło ponad miliard dolarów. Ładna sumka, prawda? Muszę wam powiedzieć, że, nawet przy całym moim entuzjazmie, takiego wyniku finansowego najnowszego filmu MCU się nie spodziewałam. Nikt się tego nie spodziewał.


Rzućmy po raz kolejny kilkoma liczbami. "Avengers: Koniec gry" jest, niespełna tydzień po premierze, siedemnastym najlepiej zarabiającym filmem w światowym box office. Możemy śmiało zakładać, że w ciągu swojego runu wejdzie na spokojnie do pierwszej trójki najlepiej zarabiających filmów. "Koniec gry" jest obecnie piątą najlepiej zarabiającą produkcją Marvela i szóstym najlepiej zarabiającym filmem superhero. Zaznaczmy jeszcze raz - "Avengers: Koniec gry" dopiero co miało swoją premierę i za tydzień czy miesiąc będzie w tych zestawieniach o wiele wyżej.


Ktoś mógłby powiedzieć - to tylko pieniądze. Prawda jest jednak taka, że zarobki filmu czyli ilu widzów wybrało się na film i ile wydali pieniędzy na bilety jest najprostszym miernikiem sukcesu filmu. Oczywiście zdarzają się filmy mało ambitne, które zarabiają duże pieniądze (tak jak choćby filmy z serii "Szybcy i wściekli"), jaki i filmy bardzo udane, które tracą pieniądze (doskonały przykład to nieodżałowany "Blade Runner 2049"). Tylko, że w wypadku "Avengers: Koniec gry" niesamowicie wysokie zarobki idą w parze z bardzo przychylnymi ocenami krytyków - 95% pozytywnych recenzji na portalu Rotten Tomatoes. Możemy więc nazwać "Koniec gry" filmem udanym i bardzo dobrze przyjętym.


W jaki sposób najnowsza produkcja MCU osiągnęła taki sukces? Lata budowania uniwersum. Każdy film, mniej czy bardziej udany, ściągał widzów do kina aby mogli obejrzeć przygody swoich ulubionych bohaterów - Iron Mana, Thora, Kapitana Ameryki, Strażników Galaktyki, Ant-Mana i wielu innych. Nawet jeśli któraś produkcja MCU okazywała się mniej udana szybko to wybaczaliśmy i wracaliśmy bo Tony Stark taki uroczy, Steve Rogers taki dzielny, Thor taki boski, a Strażnicy mają między sobą świetna chemię. Jednocześnie filmy MCU utrzymywały zawsze wysoki poziom jeśli chodzi o stronę techniczną produkcji - zdjęcia, muzyka, montaż, efekty specjalne, aktorstwo. Takie to proste i trudne zarazem.


DC EU nie udało się tego prostego przepisu na sukces wprowadzić w życie i, po tym jak ich pierwsze filmy nie spotkały się ze zbyt ciepłym przyjęciem, dopiero teraz odbijają się od dna "Aquamanem" i "Shazamem". To trochę ironiczne, że marka, której flagowymi postaciami są Batman i Superman nie dała rady na tych bohaterach zbudować uniwersum, a ich filmy osiągające sukces oparte są na postaciach zdecydowanie mniej popularnych. Z kolei uniwersum X-Men od Foxa zbudowało sobie na tyle dużą bazę fanów, żeby przez dobrych kilkanaście lat ich kolejne filmy zarabiały na siebie. Z recenzjami filmów o mutantach było różnie ale koniec końców nawet takie porażki jak "X-Men Origins: Wolverine" nie dały rady zniszczyć tej marki i jej kres wyznaczył dopiero zakup Foxa przez Disney'a. Jeszcze tylko dwa filmy - "X-Men: Mroczna Feniks" oraz "The New Mutants", a potem pozostanie nam czekać na reboot marki pod nową banderą.


Marvel Cinematic Univers udało się to to nie udało się Foxowi czy twórcom DC EU - przywiązali nas do konkretnych bohaterów, tak, że latami śledzimy wiernie ich losy. Śmiejemy się, płaczemy i wzruszamy się razem z nimi. To trochę jak z bohaterami filmów z serii "Star Wars" tylko, że ten proces przebiegł szybciej i intensywniej. "Gwiezdne Wojny" budowały swój fenomen przez prawie czterdzieści lat nie tylko za pomocą filmów ale też seriali, książek i komiksów. MCU to jedenaście lat i dwadzieścia dwa filmy. Owszem, istnieją seriale oraz komiksy luźno i niezobowiązująco powiązane z MCU, na granicy kanonu, można by powiedzieć. Ale rdzeniem fenomenu są filmy i występujące w nich postaci. Postaci, którymi otaczamy się także wtedy, gdy opuszczamy salę kinową czy wyłączamy komputer, na którym oglądaliśmy film. Postaci, które patrzą na nas z plakatów, koszulek, kubeczków, butelek z wodą mineralną, które pojawiają się w reklamach. Które są elementem naszego codziennego życia.


Ja swoje parę złotych do wyniku finansowego "Avengers: Koniec gry" już dołożyłam. I dołożę jeszcze więcej. A jestem tylko jedną z milionów osób, które stwierdziły, że warto zobaczyć ten film, to wydarzenie popkulturalne, i to więcej niż jeden raz. A czy wy wybieracie się do kina?


P.S. Recenzja spoilerowa "Avengers: Koniec gry" pojawi się lada dzień.