niedziela, 31 marca 2019

Od Benedicta Cumberbatcha do Sonequy Martin-Green - o "Star Treku" słów kilka

                                                    zdjęcie ze strony flimweb.pl


Czy jesteście fanami science fiction? Część z was zapewne tak. A jakie filmy lub seriale przychodzą wam na myśl, gdy słyszycie hasło si-fi?  Najpewniej "Star Wars". Jeśli właśnie tak jest, to wcale mnie to nie dziwi. "Gwiezdne Wojny" to chyba najbardziej znana i lubiana marka si-fi. Ja jednak nie jestem fanką sagi o Skywalkerach. Nie żywię żadnej niechęci do "Gwiezdnych wojen", wszystkie filmy z serii widziałam, większość z nich mi się podobała. Jakąś książkę z uniwersum "Star Wars" zdarzyło mi się przeczytać. Tylko, że nigdy nie poczułam, że "to jest to", że chcę tego więcej, najlepiej zaraz. Z jakichś dziwnych powodów to "Star Treka" pokochałam niemalże od pierwszego obejrzenia.


Wiosną 2013 roku o moje uszy obiła się wiadomość, że do kin wchodzi nowy film z Benedictem Cumberbatchem. W tamtym czasie byłam zauroczona Camberbatchem po tym, jak zobaczyłam go w tytułowej roli w "Sherlocku". I gdyby mi zaproponowano obejrzenie filmiku na którym Benedict czyta książkę telefoniczną to i tak byłabym zainteresowana. Więc, mimo, że "Star Trek Into darkness" J. J. Abramsa samo w sobie mnie nie interesowało to poszłam do kina bo Cumberbatch!


Świat przedstawiony w filmie bardzo mnie zainteresował, a bohaterów od razu polubiłam. Na tyle mocno, że już chyba następnego dnia buszowałam po Internecie w poszukiwaniu "Star Treka" z 2009. Znalazłam go, obejrzałam i już byłam pewna, że to jest to. Wizja ludzkości, która wyewoluowała i wyruszyła na pokojową eksplorację kosmosu natychmiast przemówiła do mojej wyobraźni. Stwierdziłam, że musze poznać więcej filmów i seriali z tego uniwersum.



Zaczęłam od "Star Trek TOS" i omal nie zwątpiłam. Widzicie, nie przypadkiem trudno dziś w telewizji natknąć się na seriale z lat sześćdziesiątych. One w dzisiejszych czasach po prostu nie wyglądają. Sposób realizacji obrazu i dźwięku, metody gry aktorskiej, a zwłaszcza efekty specjalne w oczach dzisiejszego widza nie prezentują zbyt dobrze. Pierwsze odcinki oryginalnego "Star Treka" z 1966 roku zrobiły na mnie taki wrażenie, że chciałam sobie odpuścić. Dopiero odcinek 4 lub 5 sprawił, że dojrzałam w tym serialu potencjał, a do końca pierwszego sezonu na tyle polubiłam bohaterów że uznałam, iż warto na pewne niedoskonałości przymknąć oko.


Po obejrzeniu "Star Trek TOS" zabrałam się za "Star Trek TAS" i znowu był to nie do końca celny strzał. Kilka odcinków musiałam dosłownie przemęczyć. Jednak radość z obcowania z ulubionymi bohaterami, a byli nimi Spock i Bones, pchała mnie dalej. Sięgnęłam po filmy z obsadą z oryginalnego serialu i na szczęście było lepiej. Moja miłość do "Star Treka" szybko się rozwijała. Potem oczywiście sięgnęłam po nowsze pozycje z uniwersum "Star Treka" - seriale "The Next Generation" (1987), "Deep Space Nine" (1993), "Voyager" (1995), i "Enterprise" (2001). Nadrobienie całego kanonu czyli sześciu seriali i dziesięciu filmów zajęło mi ponad rok.


Przez ponad rok oglądałam głównie "Ster Treka". To sporo, prawda? Wspominam ten czas bardzo przyjemnie. Zwłaszcza w "The Next Generation" i "Deep Space Nine" mocno wsiąkłam, polubiłam kapitanów Picarda i Sisko oraz ich załogi. I zanurzałam się w świecie przyszłości pełnym cudownych wynalazków, w którym możliwe jest pokojowe współżycie nie tylko wszystkich ludzi na Ziemi, ale też prawie wszystkich istot rozumnych zamieszkujących nasza galaktykę.


Na naprawdę dobra współczesną wersję "Star Treka" musiałam sobie trochę poczekać. Film z 2009 i 2013 roku nie były złe ale brakowało im ducha oryginału. Owego ducha odzyskał dopiero "Star Trek Beyond" z 2016 roku. Znowu dostałam "Star Treka" opowiadającego o pokojowej eksploracji kosmosu zamiast o toczeniu wojny czy ściganiu terrorystów (a o tym były oba filmy wyreżyserowane przez J. J. Abramsa). I boleję nad tym, że "Star Trek Beyond" spotkał się z na tyle mieszanym przyjęciem, że przynajmniej jak na razie, nie ma planów na kolejne filmy.


Filmy filmami, a seriale też wróciły To znaczy jak na razie jeden ale mają być następne. Po kilkunastu latach nieobecności w telewizji produkcji z uniwersum "Star Treka" pojawił się nowy serial - "Star Trek Discovery". Serial ten łączy zgrabnie tradycję i nowoczesność. Z jednej strony mamy "podążanie w nieznane, tam gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek", poznawanie nowych planet i ras istot rozumnych oraz poruszanie problemów społecznych co było domeną "Ster Treka" od początku. Z drugiej strony serial ma o wiele dynamiczniejszą formułę, a zamiast obserwować akcję z perspektywy kapitana i kilku jego oficerów jak to bywało wcześniej, jesteśmy przywiązani do jednej bohaterki - Michael Burnham granej przez afroamerykańską aktorkę Soneque Martin-Green. Nie znaczy to, że inni członkowie załogi USS Discovery nie są istotni. Wielu z nich ma bardzo rozbudowane wątki, dzięki którym mamy okazję ich poznać i polubić. Po prostu Michael, będąca oficerem naukowym na Discovery, jest centralna postacią i do pewnego stopnia narratorką historii.


Idee stojące za powstaniem "Star Treka", idee które ta seria niesie ze sobą przez dziesięciolecia wlewają w moje serce nadzieję, że ludzkość czeka świetlana przyszłość. No i nie bez znaczenia jest tu oczywiście aspekt czysto rozrywkowy - uniwersum "Star Treka" jest przebogate i można w nim opowiedzieć wiele ciekawych, zabawnych i strasznych historii. Więc nawet jeśli stoicie po drugiej stronie "barykady", wśród miłośników "Star Wars" to polecam wam - sprawdźcie "Star Treka".Tylko może nie popełniajcie mojego błędu i zacznijcie od jakichś nowszych seriali lub filmów z tego uniwersum.



piątek, 29 marca 2019

Cztery animacje z zeszłego roku, które warto obejrzeć ze swoim dzieckiem

                            
                                            zdjęcie ze strony naekranie.pl 


Czy lubicie filmy animowane? Ja tak. Mimo, że teoretycznie już dawno przekroczyłam wiek, w którym ogląda się "bajki" nadal chętnie chodzę na animacje do kina czy też oglądam je na Netflixie. Jeśli wy czujecie się na to zbyt "dorośli" to zawsze możecie obejrzeć film animowany ze swoim dzieckiem/siostrzenicą/bratankiem lub młodszym rodzeństwem. A ja mam dla was kilka propozycji wartych rozważenia.


"Wyspa psów" jest osadzoną w Japonii opowieścią o chłopcu poszukującym swojego zaginionego psa. Nie należy jej jednak kojarzyć z filmami familijnymi produkcji USA, gdyż jest czymś zupełnie innym. To nie chłopiec jest tutaj głównym bohaterem, a psy zamieszkujące tytułową wyspę. Ogólnie bohaterowie ludzcy są tu nieco zmarginalizowani. Także pod względem realizacyjnym jest to trochę nietypowa propozycja gdyż film został stworzony metodą poklatkową. Jeśli nie kojarzycie czym jest animacja poklatkowa to przypomnijcie sobie w jaki sposób realizowany był "Miś Uszatek" lub "Przygody Misia Coralgola". Ten rodzaj animacji może i wygląda trochę prymitywnie na tle animacji tradycyjnej, a do animacji komputerowej to lepiej w ogóle go nie porównywać. Ma jednak dużo uroku, zwłaszcza gdy jest dobrze zrealizowany, a tak właśnie jest w "Wyspie psów". Film jest piękną opowieścią o przyjaźni i watro go obejrzeć. Zaznaczę tylko, że ta animacja nie jest przeznaczona dla najmłodszego widza. Polecała bym ją dla dzieciaków od 10 roku życia.



"Mała Stopa" to wariacja na temat filmów o poszukiwaniu Yeti. Migo, młody Yeti żyjący w wiosce położonej wysoko w górach, spotyka pewnego dnia "małą stopę". Rzecz w tym, że według starszych wioski "małe stopy" to mit i Migo za fantazjowanie o spotkaniu z nieistniejącą istotą zostaje wyrzucony z wioski. Młody Yeti, chcąc wrócić do domu postanawia, odnaleźć "małą stopę" czyli człowieka i udowodnić, że mówił prawdę. Skutkuje to oczywiście mnóstwem perypetii gdy światy Yeti i ludzi się zderzają. Animacja jest pięknie zrobiona, a ścieżka dźwiękowa od razu wpada w ucho. Zaś sam film niesie za sobą piękne przesłanie afirmacji różnorodności. "Małą Stopę" polecam każdemu od lat 5 do 105.


Produkcją dla każdego jest także moja następna propozycja - "Grinch". Nie wiem jak wy ale ja zielonego stworka Grincha kojarzę z filmu z Jimem Carreyem i nie jest to szczególnie miłe skojarzenie. Na szczęście nowa animacja "Grinch" zaciera przykre wrażanie z poprzedniej wersji i rozlewa dużo ciepła w sercu. Fabuła jest standardowa - złośliwy i samolubny Grnich nie znosi świąt, postanawia więc popsuć Święta Bożego Narodzenia mieszkańcom pobliskiego Ktosiowa. Staje się jednak świąteczny cud i mała Cindy-Lou sprawia, że serce zielonego stworka się odmienia. Animacja jest skierowana głównie do młodszego widza ale osoby troszkę starsze też będą się na niej dobrze bawić. A jej olbrzymią zaletą jest to, że nie ma tam przemyconych żadnych pieprznych czy politycznych żarcików dla dorosłych. Takich filmów też nam potrzeba.


Moja ostatnia propozycja to najlepsza animacja zeszłego roku, przynajmniej według Oskarowego gremium. Przed wami "Spider-Man Uniwersum", jeden z najlepszych filmów superhero zeszłego roku, film dla młodego widza ale też dla całej rodziny. Głównym bohaterem animacji jest Miles Morales, przeciętny nastolatek, który uzyskuje pajęcze moce i wraz z innymi pajęczymi bohaterami musi uratować świat, a raczej światy. W tym filmie gra wszystko - postaci, które bardzo łatwo polubić, klimatyczna muzyka, oryginalny styl wizualny, wciągająca akcja. Widziałam go w kinie kilka razy i chętnie do niego wrócę żeby się pośmiać i popłakać. Jeśli z moich propozycji mielibyście sprawdzić tylko jeden film to wybierzcie ten. Gwarantuję, że będziecie się dobrze bawić.


Przedstawiłam wam moje propozycje więc przygotujcie sobie napoje oraz przekąski i odpalcie animacje, żeby sprawić trochę radości swojemu wewnętrznemu dziecku. Lub waszemu dziecku jeśli takie posiadacie. Dobrej zabawy!


czwartek, 28 marca 2019

O wyższości kultury wysokiej nad popkulturą

Jesteśmy zewsząd otoczeni przez kulturę, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Piosenki, które słyszymy w radio, seriale w telewizji, książki w witrynie księgarni, pomnik na skwerku w parku, nielegalne graffiti namalowane na podupadłej kamienicy to wszystko wytwory kultury. Gdyż kultura to ogół materialnego i duchowego dorobku społeczeństwa.


Jednak gdy na co dzień używamy słowa "kultura" to mamy na myśli kulturę wysoką. Myślimy o dramatach Szekspira, mazurkach Chopina, obrazach Van Gogha, ewentualnie o jakimś kinie artystycznym, które niewielu ludzi ogląda, a jeszcze mniej je rozumie. Gdy myślimy o filmach z serii "Star Wars", płytach The Who, serialach na Netflixie, powieściach Stephena Kinga to kategoryzujemy je jako rozrywkę, ewentualnie popkulturę. Czyli coś gorszego niż kultura wysoka.


Paradoksalnie ta lekko pogardzana popkultura jest o wiele szerzej dostępna i bardziej przystępna na przeciętnego odbiorcy kultury (bo to w końcu kultura popularna). I nie musi być ona gorsza od kultury wysokiej bo obok wartości czysto rozrywkowych może nieść także wartości edukacyjno-wychowawcze. A największe dzieła dzisiejszej popkultury mogą za 50 czy za 100 lat zostać uznane za kulturę wysoką.


Czy jest więc sens się spierać o lepszość, wyższość "prawdziwej" kultury nad popkulturą? Krzywić się gdy ktoś woli pooglądać seriale w domu zamiast iść do filharmonii lub kiedy ktoś czyta komiksy superbohaterskie zamiast przeczytać "W poszukiwaniu straconego czasu"? Moim zdaniem nie. Niech każdy doświadcza kultury tak jak lubi: jeśli woli filmy od przedstawień teatralnych to niech ogląda filmy, jeśli woli poczytać kryminał zamiast iść na wystawę malarstwa impresjonistycznego niech czyta ten kryminał. 



Jedyne co chce zapostulować to otwartość. Bądźmy otwarci nawet na te gałęzi kultury i na te gatunki jej wytworów, które nie są naszymi ulubionymi. Nawet jeśli wieczór w teatrze nie jest naszą wymarzoną opcją to spróbujmy raz na pól roku wybrać się na jakieś przedstawienie teatralne. Nawet jeśli czytamy na co dzień głownie kryminały to spróbujmy od czasu do czasu sięgnąć po Joyce'a. Nie wstydźmy się potańczyć na weselu do piosenek Sławomira ale wybierzmy się też na koncert Chopinowski. Bo kultura - zarówno ta wysoka, jak i ta popularna - ma nas uczyć, bawić i wychowywać! 


wtorek, 26 marca 2019

Wspólczesne baśnie i mity 2

Do premiery "Avengers: Koniec Gry" został dokładnie miesiąc. To dobry czas by rzucić okiem na historię MCU, a raczej na to, jak ja kolejne filmy i kolejne fazy rozwoju uniwersum pamiętam.


Na początku 2012 roku pewien kolega poznany w Internecie polecił mi obejrzenie filmu "Iron Man". Jego zdaniem szczególnie godna uwagi była w tym filmie muzyka. "Iron Mana" szybko obejrzałam ale to nie soundtrack zrobił na mnie wrażenie, a charyzma aktora grającego główna rolę - Roberta Downeya Jr. Znałam go już z roli Sherlocka w filmach Guya Ritchiego. Downej Jr. był tak samo przekonujący w roli genialnego multimilionera, jak w roli największego detektywa wszechczasów więc "Iron Mana" łyknęłam gładko. Nie wzbudził on we mnie jednak takiej fascynacji, żeby od razu chciało mi się nadrabiać pozostałe filmy z serii (a było ich już wtedy kilka).


Kilka miesięcy później trafiłam na seans "Avengers". W tamtym okresie chodziłam do kina głownie z młodszą siostrą i to zazwyczaj na jakieś filmy young adult (to chyba dobre miejsce żeby się pochwalić, że widziałam w kinie co najmniej dwa filmy z sagi "Zmierzch"). Nie do końca pamiętam dlaczego wybrałyśmy akurat "Avengers". Może dlatego, że i tak nic ciekawszego nie puszczali? Pamiętam natomiast, że film bardzo spodobał się nam obu, a u mnie wywołał natychmiastowy wzrost zainteresowania kinem superbohaterskim.


Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że premiera pierwszych "Avengers" była dla ludzi interesujących się popkulturą czymś na prawdę wielkim. Oto powstał film w którym spotykało się kilku superbohaterów, którzy już mieli swoje dobrze przyjęte solowe filmy. Taki trochę event komiksowy ale na ekranie kinowym zamiast na kartach komiksu. Wtedy było to po prostu bardzo dobry film rozrywkowy, na którym wyjątkowo miło spędziłam czas i który wzbudził we mnie pragnienie obejrzenia większej liczby takich filmów.


Obejrzenie "Avengers" zdecydowanie zmotywowało mnie do nadrobienia wcześniejszych filmów z MCU. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Zresztą nie ograniczałam się do filmów z superbohaterami Marvela. Gdy kilka miesięcy później do kin wszedł film "Mroczny Rycerz powstaje" pobiegłam na seans w podskokach. Ziarno zostało posiane, wykiełkowało i przerodziło się w silną fascynację kinem superhero.


Gdy tylko w kinie pojawiał się nowy film Marvela ja na niego szłam, najczęściej za towarzystwo mając moją najmłodszą siostrę. Gdy w telewizji, a potem na Netflixie, pojawiły się seriale na podstawie komiksów Marvela to śledziłam je z zapartym tchem, wyłapując każde nawiązanie do "większego uniwersum". Z każdym kolejnym filmem byłam co raz bardziej "kupiona". "Avengers: Czas Ultrona" było pierwszym filmem superbohaterskim na który poszłam do kina dwa razy. Z czasem normalne stało się dla mnie chodzenia na filmy Marvela po kilka razy.


W okolicach premiery "Kapitana Ameryki: Wojny Bohaterów" przestało mnie po prostu cieszyć, że kolejne filmy regularnie wychodzą i są zawsze co najmniej dobre. O nie, wtedy już zaczęłam mieć dość wysokie oczekiwania. A Marvel nadal nie zawodził. Część filmów nosiła cechy kina gatunkowego: "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" był thrillerem szpiegowskim, "Strażnicy Galaktyki" kolorową, zwariowaną space operą, a "Ant-Man" lekkim heist movie. W świecie filmów Marvela pojawiali się nowi bohaterowie jak choćby Czarna Pantera czy Spider-Man.


Zainteresowanie filmami superbohaterskimi przełożyło się na moje codzienne życie choćby przez to, że  w mojej szafce pojawiło się kilka koszulek z Avengers, a półki na książki szybko zaczęły się uginać pod ciężarem komiksów z serii Marvel Now.  A, i były jeszcze takie pseudo cosplaye postaci Marvela na Falkon. Ale o tym może innym razem.


Gdy rok temu swoją premierę miał film "Avengers: Wojan bez granic" ja byłam niemal bezgranicznie nahypowana na kolejną odsłonę przygód moich ulubionych bohaterów. I się nie zawiodłam. Siedziałam na krawędzi fotela zszokowana tym, że moi ulubieńcy dostają po tyłku od olbrzymiego, fioletowego typa, a gdy film się skończył zadałam sobie na głos pytanie: "Ale jak to?" Gdy przypominam sobie ostatnie sceny "Wojny bez granic" to pytanie na nowo rozbrzmiewa w mojej głowie. I pewnie będzie rozbrzmiewać do momentu gdy zsiądę w fotelu kinowym żeby obejrzeć "Avengers: Koniec Gry"

poniedziałek, 25 marca 2019

Od "Thorgala" do "Hawkeya" - moje fascynacje komiksowe

Komiksy zaczęłam czytać dlatego, że w bibliotece skończył się "normalne" książki, które mogłabym wypożyczyć. Miałam wtedy jakieś 12 lat. Czytałam w takim tempie, że książki z działu dziecięco-młodzieżowego wręcz paliły mi się w rękach. W bibliotece bywałam praktycznie codziennie. Czytanie było zdecydowanie moją ulubioną formą spędzania wolnego czasu i bardzo szybko pochłaniałam zasoby niewielkiej biblioteki gminnej. Pewnego dnia, przerażona perspektywą wieczoru bez czytadła, sięgnęłam na półeczkę z komiksami.


Nie miałam zbyt wielkiego wyboru - głownie komiksy z Kaczorem Donaldem, trochę "Tytusów, Romków i A'Tomków" oraz "Kajko i Kokoszy". Były też komiksy opowiadające o historii Polski i komiksowe adaptacje powieści młodzieżowych. Ale prawdziwą gratką, która pochłonęła mnie na wiele miesięcy byłą seria o Thorgalu. Przygody Chłopca z Gwiazd, jego ukochanej Arcii, a potem także ich potomstwa mocno rozbudziły moją wyobraźnię. Komiksy były pięknie narysowane, zaś ich fabuła zgrabnie łączyła wątki przygodowe, dramatyczne i fantasy. Czytałam, czytałam i czytałam, niektóre części nawet po kilka razy. I bolałam nad tym, że biblioteka nie ma na stanie wszystkich tomów przygód Thorgala.


Oczywiście nie samym Thorgalem człowiek żyje. Ze sporą przyjemnością czytałam także "Giganty" (pozdro dla kumatych),wszelkie komiksy historyczne i komiksowe adaptacje książek. Do pozostałych serii komiksowych jakoś przekonać się nie mogłam i wszelkich wielbicieli klasyków upraszam o wybaczenie mi mojej ignorancji.


Skończywszy lat 15 "wbiłam skila" który pozwalał mi korzystać w bibliotece z działu dla dorosłych. Cóż to była za radość - setki powieści kryminalnych, thrillerów i książek fantasy nagle znalazło się w moim zasięgu. Dział dziecięco-młodzieżowy, a wraz z nim niewielka pólka z komiksami, odszedł w zapomnienie. Czytanie komiksów się skończyło.


Skaczemy w przyszłość o 15 lat. Około trzech lat temu, już po wsiąknięciu w filmy i seriale superbohaterskie, wpadłam na pomysł żeby zapoznać się z komiksowymi przygodami bohaterów znanych mi choćby z filmów MCU. Trochę to trwało ale w końcu jak pomyślałam, tak zrobiłam.


W księgarni internetowej kupiłam sobie kilka tomów z serii Marvel Now. O Matko Rozmaito! Jakże bolesny był ten powrót, przynajmniej na początku. Próbowałam czytać komiks jak książkę, poświęcając prawie całą swoją uwagę tekstowi, a na rysunki zerkając tylko kątem oka. Frajda z tego średnia, żeby nie powiedzieć - żadna. Przemęczyłam w ten sposób ze 3 tomiki. A potem jakoś się przestawiłam. I komiksy wciągnęły mnie na nowo.


Przyznaje się bez bicia - czytam głównie komiksy superbohaterskie, w większości z Marvela. Jednak nawet na tak pozornie niewielkim podwórku można znaleźć pozycje o bardzo różnym poziomie i różnej tematyce. Popularnego obecnie "Deadpoola" darowałam sobie po sprawdzeniu pierwszego tomu. Serie o X-menach i Strażnikach Galaktyki pisane przez B. M. Bendisa zaczynały się obiecująco ale szybko się stoczyły. "Avengers" od Hickmana utrzymali wysoki poziom od pierwszego do ostatniego zeszytu. Jedyny problem jest taki, że z powodu mnogości wątków i dosłownie dziesiątek postaci trzeba sobie rozrysowywać poszczególne etapy historii, żeby się kompletnie nie pogubić.


Moimi ulubionymi historiami są te skupione na jednej postaci, konsekwentnie pokazujące jej rozwój. "Ms Marvel" opowiadająca o nastolatce pochodzącej z rodziny muzułmańskiej, próbującej pogodzić normalne życie i bycie superbohaterką. "Ant-Man" będący nie tyle historią o superherosie, co raczej historią o ojcu-nieudaczniku, który zrobiłby wszystko dla dobra swojej córki. Psychodeliczny "Moon Knight" w którym na bohater na jednej stronie w okrutny, krwawy sposób rozprawia się z ulicznymi bandytami, a na drugiej rozmawia z przerażającym bogiem Konshu. I mój absolutnie ulubiony "Hawkeye". Serio, jeśli uważacie, że Clint Burton jest nudny i nie wiadomo po co się z Avengers buja, to powinniście przeczytać "Hawkeya" Fractiona i Aji. Śmiech przez łzy gwarantowany. Ale to materiał na inny wpis.


O komiksach będzie więcej. Także o tych nie mainstreamowych. Śledźcie kolejne wpisy żeby nie przegapić Top 5 komiksów superbohaterskich 2018 roku.


Cześć!

niedziela, 24 marca 2019

Osiem filmów, które prawdopodobnie przegapiliście w zeszłym roku, a które warto nadrobić

Nie samym kinem superbohaterskim człowiek żyje, Czasami dobrze jest poszerzyć horyzonty i obejrzeć coś mniej mainstreamowego. Oto moje propozycje filmów, których kinowe premiery prawdopodobnie przegapiliście, a które zdecydowanie warto obejrzeć.


"Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie" to baśniowa opowieść o Aji, chłopaku z Indii, który wyrusza do Paryża w poszukiwaniu ojca. W tej historii jest piękna kobieta, szafa z IKEI i nielegalna podróż przez Europę, która pozwala bohaterowi odnaleźć szczęście. Jeśli potrzebujecie czegoś na poprawienie humoru to ten film będzie jak znalazł.


"Serching" jest filmem o samotnym ojcu poszukującym zaginionej córki. Z jednej strony mamy dramat rodzica niemal umierającego z niepokoju o nastoletnia córkę i przekonującego się, że wielu rzeczy o swoim dziecku zwyczajnie nie wiedział. Z drugiej refleksje na temat tego, jak dalece technologia w postaci telefonów, komputerów i Internetu weszła w nasze codzienne życie. Ciekawym zabiegiem w filmie jest to, że akcje obserwujemy tylko z perspektywy monitora komputera lub ekranu smartfonu, na których pojawia się komenda "serching".


"Pierwszy człowiek" jest tym filmem na liście, o którym raczej słyszeliście w kontekście Oskarów, a może nawet go oglądaliście. Historia lądowania Amerykanów na Srebrnym Globie opowiedziana z perspektywy Niela Armstronga. Nie jest to, wbrew pozorom, historia tryumfu człowieka nad światem przyrody czy historia o zwycięstwie Amerykanów nad Rosjanami. To powieść o ojcu załamanym stratą córeczki, którego żałoba pcha do lotu w kosmos. Film ma świetną ścieżkę dźwiękową, a praktyczne efekty specjalne robią duże wrażenie.


"Źle się dzieje w El Royale" kojarzy mi się na pierwszy rzut oka z filmami Tarantino. Jest to trochę thriller, trochę dramat. Siódemka nieznajomych ludzi spotyka się w podupadłym hotelu El Royal i szybko robi się nieciekawie. Jest to pozycja "must see" dla wielbicieli kina eksploitation i fanów (fanek?) Chrisa Hemswortha, który pokazuje się w tym filmie od nowej strony. Mnie najbardziej z obsady zachwyciła Cynthia Erivo nie tylko grą aktorską, ale także śpiewem.


Czas na polski akcent na liście. "Jak pies z kotem" to oparty na motywach autobiograficznych film Janusza Kondraciuka. Słodko-gorzka opowieść o dwóch braciach, których zbliża choroba starszego z nich. Studium życia pod jednym dachem z chorym, postrzegającym rzeczywistość w skrzywiony sposób. Film, na przekór smutnej tematyce, niesie bardzo pozytywne przesłanie.


"Jeszcze dzień życia" to z kolei film dokumentalny o Ryszardzie Kapuścińskim, a dokładniej o jego wyprawie do ogarniętej wojną domową Angoli. Animacje odtwarzające wyprawę Kapuścińskiego przeplatają się z wypowiedziami uczestników tamtych wydarzeń. Klimat filmu jest mroczny i psychodeliczny. Film raczej do refleksji niż do rozrywki, ale i tak go polecam.


"Winni" to obraz produkcji duńskiej. Jest niezwykle prosty w swej konstrukcji - policjant pracujący tymczasowo jako dyspozytor na linii alarmowej odbiera telefon od porwanej kobiety i postanawia pomóc jej za wszelką cenę. Całą akcja filmu dzieje się w dwóch małych pokojach, a działania bohatera sprowadzają się do wykonywania kolejnych połączeń telefonicznych. Jeśli myślicie, że to nieciekawy materiał na film to zapewniam, że nie macie racji. Historia jest gęsta od emocji i kończy się w dość nieoczywisty sposób.



Film "Wdowy" to takie "Ocean's 8" ale lepiej zrobione. Bohaterkami są cztery kobiety, których przyszłość zależy, bardzo dosłownie, od tego czy uda im się dokonać napadu na rezydencję lokalnego polityka i ukraść ogromną sumę pieniędzy. Panie nie mają kryminalnego doświadczenia, czas nagli i nie wszystko chce iść zgodnie z planem. Do tego dostajemy skorumpowanych polityków i konflikty na tle rasowym. Film jest nielekki ale wart obejrzenia.


Nie są to oczywiście wszystkie filmy, jakie wpadły mi w oko w zeszłym roku. Niemniej od czegoś trzeba zacząć. Myślę, że na tej liście każdy znajdzie coś dla siebie. Miłego oglądania!

sobota, 23 marca 2019

Wspólczesne baśnie i mity

Odkąd pamiętam zawsze uwielbiałam baśnie, legendy i mity. Czy to w formie książek, filmów czy seriali historie nieprawdopodobne i fantastyczne interesowały mnie o wiele bardziej niż te "z życia wzięte". Lubiłam filmowe historie dla dzieci o przyjaźni ze zwierzętami takie jak "Lessie" czy powieści obyczajowe dla nastolatek. Jednak moją wyobraźnię rozpalały kreskówki ze "Spider-Manem", książki Juliusza Verne'a, serial "Czarodziejki" i opasłe tomy z mitami greckimi. Im bardziej niezwykłe i kosmiczne były przygody postaci o których czytałam lub które oglądam tym lepiej.

Moją ulubioną książką jest "Władca Pierścieni" Tolkiena, czytałam go trzy lub więcej razy. Przez lata cierpiałam na obsesję na punkcie świata Harrego Pottera. Pasjami czytałam różne tłumaczenia i interpretacje mitów greckich i rzymskich. Gdy udało mi się dorwać do telewizora to pochłaniałam odcinki "Zagubionego w czasie", "Fatalnego rewolweru" czy "Dotyku anioła". Już chyba widzicie do czego dążę - moja fascynacja współczesnymi baśniami i mitami jakimi są opowieści o superbohaterach ma solidną podbudowę w moim dzieciństwie i młodości.

Nie pamiętam mojego pierwszego świadomego zetknięcia z kinem superhero. Mając 10-12 lat oglądałam seriale animowane ze Spider-Manem czy Batmanem. Trochę później przyszedł czas na "stare" filmy z Supermanem i Batmanem. W tamtym czasie, gdy jeszcze nie za bardzo rozumiałam koncepcje superbohatera, moim ulubionym herosem był Spider-Man. Tak zwyczajny i nadzwyczajny zarazem. W cywilu zwykły chłopak, który uczy się i pracuje, dba o swoją ciotkę, zmaga się z kłopotami finansowymi. Po założeniu maski - obrońca pokrzywdzonych i uciśnionych, z finezją spuszczający łomot bandytom. Co ciekawe - przyjazny Człowiek-Pająk z sąsiedztwa nadal zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, mimo, że już 20 lat minęło odkąd mnie zafascynował.

Dorastając i stając się powoli świadomym konsumentem kultury popularnej oglądałam od czasu do czasu jakiś film czy kreskówkę z superbohaterami, choć pomijając pozycje kierowane dla dzieci, dużego wyboru w tym względzie nie było. Mimo to, najpierw za pośrednictwem telewizji, potem także przez Internet, zapoznawałam się z jakimiś odpryskami świata superbohaterów. A przełom zbliżał się wielkimi krokami. I był związany z filmami MCU. A konkretnie z "Avengers". 


Coś nowego, coś na czasie...

Te kilka ekscytujących tygodni pomiędzy premierą filmu "Kapitan Marvel", a premierą "Avengers: Koniec gry" to szczególny czas przede wszystkim dla miłośników komiksów i fanów filmów superhero ale nie tylko dla nich. Produkcje MCU wyrastają powoli na fenomen popkulturlany formatu "Gwiezdnych Wojen". Nawet jeśli nie jesteś ich fanem to któryś film z serii oglądałeś (pewnie więcej niż jeden). A jeśli jakimś cudem żadnego filmu o Skywalkerach nie widziałeś to i tak kojarzysz skądś Dartha Vadera, mistrza Yodę, miecze świetlne i droidy bo ciągle widzisz je na kubeczkach, koszulkach, w memach.

Podobnie jest teraz z bohaterami filmów MCU - Iron Man, Kapitan Ameryka, Thor, Spider-Man pojawiają się w reklamach, na ubrankach dziecięcych, przyborach szkolnych, podkoszulkach, kubeczkach, butelkach z wodą, paczkach ciastek... Nawet jeśli kogoś to zupełnie nie interesuje to i tak zostaje poinformowany, że do kin za kilka tygodni wejdzie kolejna odsłona przygód Avengers.  I bardzo możliwe, że się na ten film wybierze. Bo jego dzieci będą chciały iść, bo znajomi powiedzą, że spoko i warto go sprawdzić, bo w niedzielę przyjdzie do kina na cokolwiek a seanse "Avengers" będą co godzinę więc będzie to najoczywistszy wybór.

To zbliżające się wydarzenie popkulturalno-filmowo-komiksowe ja postanowiłam uczcić reanimując i reformując mój blog. Drogi czytelniku - lada chwila, lada dzień trafi tu garść wspomnień, przemyśleń i spekulacji popkulturalnych.

Zapraszam do czytania!