zdjęcie ze strony flimweb.pl
Czy jesteście fanami science fiction? Część z was zapewne tak. A jakie filmy lub seriale przychodzą wam na myśl, gdy słyszycie hasło si-fi? Najpewniej "Star Wars". Jeśli właśnie tak jest, to wcale mnie to nie dziwi. "Gwiezdne Wojny" to chyba najbardziej znana i lubiana marka si-fi. Ja jednak nie jestem fanką sagi o Skywalkerach. Nie żywię żadnej niechęci do "Gwiezdnych wojen", wszystkie filmy z serii widziałam, większość z nich mi się podobała. Jakąś książkę z uniwersum "Star Wars" zdarzyło mi się przeczytać. Tylko, że nigdy nie poczułam, że "to jest to", że chcę tego więcej, najlepiej zaraz. Z jakichś dziwnych powodów to "Star Treka" pokochałam niemalże od pierwszego obejrzenia.
Wiosną 2013 roku o moje uszy obiła się wiadomość, że do kin wchodzi nowy film z Benedictem Cumberbatchem. W tamtym czasie byłam zauroczona Camberbatchem po tym, jak zobaczyłam go w tytułowej roli w "Sherlocku". I gdyby mi zaproponowano obejrzenie filmiku na którym Benedict czyta książkę telefoniczną to i tak byłabym zainteresowana. Więc, mimo, że "Star Trek Into darkness" J. J. Abramsa samo w sobie mnie nie interesowało to poszłam do kina bo Cumberbatch!
Świat przedstawiony w filmie bardzo mnie zainteresował, a bohaterów od razu polubiłam. Na tyle mocno, że już chyba następnego dnia buszowałam po Internecie w poszukiwaniu "Star Treka" z 2009. Znalazłam go, obejrzałam i już byłam pewna, że to jest to. Wizja ludzkości, która wyewoluowała i wyruszyła na pokojową eksplorację kosmosu natychmiast przemówiła do mojej wyobraźni. Stwierdziłam, że musze poznać więcej filmów i seriali z tego uniwersum.
Zaczęłam od "Star Trek TOS" i omal nie zwątpiłam. Widzicie, nie przypadkiem trudno dziś w telewizji natknąć się na seriale z lat sześćdziesiątych. One w dzisiejszych czasach po prostu nie wyglądają. Sposób realizacji obrazu i dźwięku, metody gry aktorskiej, a zwłaszcza efekty specjalne w oczach dzisiejszego widza nie prezentują zbyt dobrze. Pierwsze odcinki oryginalnego "Star Treka" z 1966 roku zrobiły na mnie taki wrażenie, że chciałam sobie odpuścić. Dopiero odcinek 4 lub 5 sprawił, że dojrzałam w tym serialu potencjał, a do końca pierwszego sezonu na tyle polubiłam bohaterów że uznałam, iż warto na pewne niedoskonałości przymknąć oko.
Po obejrzeniu "Star Trek TOS" zabrałam się za "Star Trek TAS" i znowu był to nie do końca celny strzał. Kilka odcinków musiałam dosłownie przemęczyć. Jednak radość z obcowania z ulubionymi bohaterami, a byli nimi Spock i Bones, pchała mnie dalej. Sięgnęłam po filmy z obsadą z oryginalnego serialu i na szczęście było lepiej. Moja miłość do "Star Treka" szybko się rozwijała. Potem oczywiście sięgnęłam po nowsze pozycje z uniwersum "Star Treka" - seriale "The Next Generation" (1987), "Deep Space Nine" (1993), "Voyager" (1995), i "Enterprise" (2001). Nadrobienie całego kanonu czyli sześciu seriali i dziesięciu filmów zajęło mi ponad rok.
Przez ponad rok oglądałam głównie "Ster Treka". To sporo, prawda? Wspominam ten czas bardzo przyjemnie. Zwłaszcza w "The Next Generation" i "Deep Space Nine" mocno wsiąkłam, polubiłam kapitanów Picarda i Sisko oraz ich załogi. I zanurzałam się w świecie przyszłości pełnym cudownych wynalazków, w którym możliwe jest pokojowe współżycie nie tylko wszystkich ludzi na Ziemi, ale też prawie wszystkich istot rozumnych zamieszkujących nasza galaktykę.
Na naprawdę dobra współczesną wersję "Star Treka" musiałam sobie trochę poczekać. Film z 2009 i 2013 roku nie były złe ale brakowało im ducha oryginału. Owego ducha odzyskał dopiero "Star Trek Beyond" z 2016 roku. Znowu dostałam "Star Treka" opowiadającego o pokojowej eksploracji kosmosu zamiast o toczeniu wojny czy ściganiu terrorystów (a o tym były oba filmy wyreżyserowane przez J. J. Abramsa). I boleję nad tym, że "Star Trek Beyond" spotkał się z na tyle mieszanym przyjęciem, że przynajmniej jak na razie, nie ma planów na kolejne filmy.
Filmy filmami, a seriale też wróciły To znaczy jak na razie jeden ale mają być następne. Po kilkunastu latach nieobecności w telewizji produkcji z uniwersum "Star Treka" pojawił się nowy serial - "Star Trek Discovery". Serial ten łączy zgrabnie tradycję i nowoczesność. Z jednej strony mamy "podążanie w nieznane, tam gdzie jeszcze nie dotarł żaden człowiek", poznawanie nowych planet i ras istot rozumnych oraz poruszanie problemów społecznych co było domeną "Ster Treka" od początku. Z drugiej strony serial ma o wiele dynamiczniejszą formułę, a zamiast obserwować akcję z perspektywy kapitana i kilku jego oficerów jak to bywało wcześniej, jesteśmy przywiązani do jednej bohaterki - Michael Burnham granej przez afroamerykańską aktorkę Soneque Martin-Green. Nie znaczy to, że inni członkowie załogi USS Discovery nie są istotni. Wielu z nich ma bardzo rozbudowane wątki, dzięki którym mamy okazję ich poznać i polubić. Po prostu Michael, będąca oficerem naukowym na Discovery, jest centralna postacią i do pewnego stopnia narratorką historii.
Idee stojące za powstaniem "Star Treka", idee które ta seria niesie ze sobą przez dziesięciolecia wlewają w moje serce nadzieję, że ludzkość czeka świetlana przyszłość. No i nie bez znaczenia jest tu oczywiście aspekt czysto rozrywkowy - uniwersum "Star Treka" jest przebogate i można w nim opowiedzieć wiele ciekawych, zabawnych i strasznych historii. Więc nawet jeśli stoicie po drugiej stronie "barykady", wśród miłośników "Star Wars" to polecam wam - sprawdźcie "Star Treka".Tylko może nie popełniajcie mojego błędu i zacznijcie od jakichś nowszych seriali lub filmów z tego uniwersum.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz