wtorek, 26 marca 2019

Wspólczesne baśnie i mity 2

Do premiery "Avengers: Koniec Gry" został dokładnie miesiąc. To dobry czas by rzucić okiem na historię MCU, a raczej na to, jak ja kolejne filmy i kolejne fazy rozwoju uniwersum pamiętam.


Na początku 2012 roku pewien kolega poznany w Internecie polecił mi obejrzenie filmu "Iron Man". Jego zdaniem szczególnie godna uwagi była w tym filmie muzyka. "Iron Mana" szybko obejrzałam ale to nie soundtrack zrobił na mnie wrażenie, a charyzma aktora grającego główna rolę - Roberta Downeya Jr. Znałam go już z roli Sherlocka w filmach Guya Ritchiego. Downej Jr. był tak samo przekonujący w roli genialnego multimilionera, jak w roli największego detektywa wszechczasów więc "Iron Mana" łyknęłam gładko. Nie wzbudził on we mnie jednak takiej fascynacji, żeby od razu chciało mi się nadrabiać pozostałe filmy z serii (a było ich już wtedy kilka).


Kilka miesięcy później trafiłam na seans "Avengers". W tamtym okresie chodziłam do kina głownie z młodszą siostrą i to zazwyczaj na jakieś filmy young adult (to chyba dobre miejsce żeby się pochwalić, że widziałam w kinie co najmniej dwa filmy z sagi "Zmierzch"). Nie do końca pamiętam dlaczego wybrałyśmy akurat "Avengers". Może dlatego, że i tak nic ciekawszego nie puszczali? Pamiętam natomiast, że film bardzo spodobał się nam obu, a u mnie wywołał natychmiastowy wzrost zainteresowania kinem superbohaterskim.


Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że premiera pierwszych "Avengers" była dla ludzi interesujących się popkulturą czymś na prawdę wielkim. Oto powstał film w którym spotykało się kilku superbohaterów, którzy już mieli swoje dobrze przyjęte solowe filmy. Taki trochę event komiksowy ale na ekranie kinowym zamiast na kartach komiksu. Wtedy było to po prostu bardzo dobry film rozrywkowy, na którym wyjątkowo miło spędziłam czas i który wzbudził we mnie pragnienie obejrzenia większej liczby takich filmów.


Obejrzenie "Avengers" zdecydowanie zmotywowało mnie do nadrobienia wcześniejszych filmów z MCU. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Zresztą nie ograniczałam się do filmów z superbohaterami Marvela. Gdy kilka miesięcy później do kin wszedł film "Mroczny Rycerz powstaje" pobiegłam na seans w podskokach. Ziarno zostało posiane, wykiełkowało i przerodziło się w silną fascynację kinem superhero.


Gdy tylko w kinie pojawiał się nowy film Marvela ja na niego szłam, najczęściej za towarzystwo mając moją najmłodszą siostrę. Gdy w telewizji, a potem na Netflixie, pojawiły się seriale na podstawie komiksów Marvela to śledziłam je z zapartym tchem, wyłapując każde nawiązanie do "większego uniwersum". Z każdym kolejnym filmem byłam co raz bardziej "kupiona". "Avengers: Czas Ultrona" było pierwszym filmem superbohaterskim na który poszłam do kina dwa razy. Z czasem normalne stało się dla mnie chodzenia na filmy Marvela po kilka razy.


W okolicach premiery "Kapitana Ameryki: Wojny Bohaterów" przestało mnie po prostu cieszyć, że kolejne filmy regularnie wychodzą i są zawsze co najmniej dobre. O nie, wtedy już zaczęłam mieć dość wysokie oczekiwania. A Marvel nadal nie zawodził. Część filmów nosiła cechy kina gatunkowego: "Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz" był thrillerem szpiegowskim, "Strażnicy Galaktyki" kolorową, zwariowaną space operą, a "Ant-Man" lekkim heist movie. W świecie filmów Marvela pojawiali się nowi bohaterowie jak choćby Czarna Pantera czy Spider-Man.


Zainteresowanie filmami superbohaterskimi przełożyło się na moje codzienne życie choćby przez to, że  w mojej szafce pojawiło się kilka koszulek z Avengers, a półki na książki szybko zaczęły się uginać pod ciężarem komiksów z serii Marvel Now.  A, i były jeszcze takie pseudo cosplaye postaci Marvela na Falkon. Ale o tym może innym razem.


Gdy rok temu swoją premierę miał film "Avengers: Wojan bez granic" ja byłam niemal bezgranicznie nahypowana na kolejną odsłonę przygód moich ulubionych bohaterów. I się nie zawiodłam. Siedziałam na krawędzi fotela zszokowana tym, że moi ulubieńcy dostają po tyłku od olbrzymiego, fioletowego typa, a gdy film się skończył zadałam sobie na głos pytanie: "Ale jak to?" Gdy przypominam sobie ostatnie sceny "Wojny bez granic" to pytanie na nowo rozbrzmiewa w mojej głowie. I pewnie będzie rozbrzmiewać do momentu gdy zsiądę w fotelu kinowym żeby obejrzeć "Avengers: Koniec Gry"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz