poniedziałek, 27 maja 2019

"Part of the journey is the end" - spoilerowe refleksje po filmie "Avengers: Koniec gry"

                                                 obraz ze strony hdwallpapers.in 


Minął miesiąc od premiery filmu "Avengers: Koniec gry". Co się w tym czasie nie działo. Tuż przed premierą nastąpił wyciek spoilerów (spotkałam się z teorią, że był to wyciek kontrolowany). Pokazy przedpremierowe i premierowe były dość mocno oblegane. Po pierwszym weekendzie film zarobił ponad miliard dolarów. Po drugim weekendzie "Avengers" utrzymali tempo lądując z ponad dwoma miliardami dolarów na miejscu drugim najlepiej zarabiających filmów. Teraz, po czterech tygodniach, od zastania najlepiej zarabiającym filmem wszechczasów dzieli najnowszy film MCU trochę ponad 100 mln dolarów. Tego się nie spodziewałam. Wątpię żeby ktokolwiek się spodziewał takiego obrotu spraw.


Nie chcę pisać po raz kolejny o fenomenie MCU, o tym jak to przez ponad dekadę dostawaliśmy dobre historie ze świetnymi bohaterami. Chcę się podzielić pewnymi spoilerowymi przemyśleniami i uwagami odnośnie "Avengers: Koniec gry" gdyż będą one w pewnym sensie odpowiedzią na pytanie w czym tkwi niezwykłość filmów Marvela. Bo najnowsi "Avengers" to takie MCU w pigułce. Ulubieni bohaterowie, wyczekiwane wątki i sceny - wszystko w jednym miejscu.


Jestem już po pięciu seansach filmu i po każdym miałam trochę inne odczucia. Za każdym razem zwracałam uwagę na inne elementy, odkrywałam nowe szczegóły. Przy czwartym seansie zwracałam uwagę raczej na rzeczy dziejące się na drugim czy trzecim planie niż na główna akcję. I doszłam do wniosku, że właśnie, między innymi, tymi smaczkami film stoi. Bo nawet największe zwroty akcji, nawet najbardziej widowiskowe bitwy po którymś seansie trochę się opatrzą. A wyszukiwanie momentów, w których po twarzy bohatera przemyka jakaś emocja, albo kadrów podczas wielkiej bitwy, na których widzimy sekundową interakcje dwóch bohaterów to doskonała zabawa, przynajmniej dla mnie.


Nie chce sie za bardzo rozpisywac o watkach Iron Mana, Kapitana Ameryki i Thora bo kazdy z nich zostal juz solidnie znalizowany w recenzjach, które czytalam i video recenzjach, które ogladalam. O wielkiej trójce napisze zapewne osobny tekst. Tutaj skupie sie na bohaterach, ktorzy mieli dotad mniej miejsca w filmach.


Wiele osob narzeka, że coś mało tej Kapitan Marvel bylo w filmie. Racja, czasu ekranowego miala malo. Ale jak już sie pojawiała to była absolutnym badassem. Pierwsze pojawienie się - Carol ratuje życie Tony'emu i Nebuli dryfujacym przez bezmiar kosmosu. Drugie pojawienie się - Carol ratuje bohaterów przed ostrzalem ze statku Thanosa i stacza bardzo wyrównaną walkę wręcz z Szalonym Tytanem, ktora Thanos wygrywa, bo oszukuje używając Kamienia Mocy. Mina Thanosa gdy uderza Carol z główki, a ona nawet nie mruga jest bezcenna. Myślę, że w kolejnych filmach nie raz będziemy mieli okazje podziwiać Kapitan Marvel. A jesli komus jej mało, to zapraszam do kina, jej solowy film ciagle jest w repertuarze.


Ant-Man byl dotąd dla wielu osób bardziej comic reliefem niż pelnoprawnym bohaterem. Bo to taka ofiara życiowa, ktora umie się zmniejszać do rozmiaru insekta oraz gadac z mrowkami nie powala ani haryzmą ani supermocami. A jednak - Scott Lang odegrał niepoślednią rolę w wydarzeniach z "Avengers: Koniec gry" i myślę, że wskoczył dzięki temu do ligi mistrzów. Z jednej strony to o wymyślił "przekręt czasowy", z drugiej dostarczył sporo humoru jak choćby w scenie z pierwszą próbą podróży w czasie, koordynowaną przez Profesora Hulka.  Jeśli pojawi się w kolejnej część "Avengers" czy innym grupowym filmie to już jako pełnoprawny bohater, który pomógł uratować wszechświat. Jeżeli zaś zobaczymy kolejny solowy film Ant-Mana to bardzo interesującym będzie oglądać Scotta w roli ojca nastolatki, która różni się znacząco od roli ojca małej dziewczynki.


Z wątków pobocznych chyba najbardziej urzekł mnie wątek Nebuli. W pierwszych "Strażnikach Galaktyki" Nebula była generyczną złą siostrą i gdyby po tym filmie zniknęła to chyba by mnie to nie obeszło. W "Strażnikach Galaktyki vol.2" zyskała ona więcej głębi i jej relacja z Gamorą została lepiej nakreślona. Jedną z bardziej emocjonalnych scen w "Avengers: Wojna bez granic" była ta, gdy Gamora, chcąc uchronić Nebulę przed torturami, zdradziła Thanosowi położenie Kamienia Duszy. Zrobiła to mimo, że wcześniej gotowa była popełnić samobójstwo byle tylko Thanos nie zdobył kolejnego Kamienia. Ten drobiazg pokazał nam, że w międzyczasie Gamora i Nebula zbliżyły się do siebie. Ten fakt na duże znaczenia dla wątku Nebuli w "Avengers: Koniec gry".


W pierwszych minutach "Avengers: Koniec gry" widzimy Nebulę i Starka na uszkodzonym statku Strażników, w sytuacji gdy kończy im się tlen i od śmierci dzielą ich dosłownie godziny. Mamy okazje obserwować Nebulę w zgoła zaskakujących sytuacjach - gdy opiekuje się osłabionym Starkiem i gdy, najprawdopodobniej pierwszy raz w życiu, ma okazję się bawić. Łatwo mi sobie wyobrazić, że córka Thanosa we wcześniejszych latach swego życia nie miała okazji by grać w gry czy robić czegoś dla zabawy bo była bardzo na serio zajęta zabijaniem lub planowaniem zabójstw. Dlatego ta krótka scena w której Tony uczy Nebuli strzelania rzutką do bramki głęboko mnie poruszyła.


A potem jest ta milcząca, króciutka scena gdy Nebula i Rocket siedzą obok siebie na schodach, pocieszając się po stracie, której doznali. Kilkanaście minut później, już po śmierci Szalonego Tytana, Nebula, mając na twarzy krew, pochyla się nad szczątkami swojego ojca i zamyka mu oczy. Spełniło się jej marzenie o śmierci Thanosa ale nie wygląda na zadowoloną. Tu przypomina mi się scena z "Avengers: Wojna bez granic" gdy Gamora zaczyna płakać, gdy Thanos za pomocą Kamienia Rzeczywistości przekonuje ją, że go zabiła. Można by tak analizować scena po scenie. Widzimy, jak bardzo zmieniła się Nebula, odkąd poznaliśmy ją w "Strażnikach...". Już nie kieruje nią pragnienie zemsty, zabijanie przestało być celem jej życia. W obliczu tego dość tragiczny jest moment gdy "starsza" Nebula musi zabić "młodszą" Nebulę, godząc się z tym, że tej jej innej wersji nie będzie dane zaznać życia z dala od Thanosa, życia polegającego na czymś innym niż ciągłe zabijanie.


Pod koniec filmu Nebula pojawiła się w towarzystwie pozostałych Strażników Galaktyki. Mam nadzieję, że oznacza to, iż dołączy na stałe do zespołu. Chciałabym zobaczyć jej dalszy rozwój, zwłaszcza, że jest bardzo kompetentną postacią, a zderzenie jej osoby ze Strażnikami i Thorem na dokładkę stworzyłoby rewelacyjną mieszankę.


W związku z wątkiem Profesora Hulka czuję pewien niedosyt. Z jednej strony zobaczyliśmy coś zupełnie nowego - połączenie Bannera i Hulka w jedna osobę - bardzo inteligentną, bardzo silną, zrównoważoną i pewna siebie. Z drugiej strony Hulk miał swój absolutnie epicki moment - nałożenie nowej Rękawicy Nieskończoności i sprowadzenie z powrotem wszystkich istot "wysptrykniętych" przez Thanosa. Ale... Tego Hulka było trochę za mało. Chętnie zobaczyłabym choć krótką przebitkę na te osiemnaście miesięcy eksperymentów prowadzonych przez Bannera w laboratorium gamma. Niestety, film już i tak trwa trzy godziny i nie potrafię wskazać, co należałoby z niego wyrzucić żebyśmy dostali więcej Profesora Hulka. Historia Hulka została w pewien sposób zamknięta. Porażka w pierwszej walce z Thanosem zmobilizowała Bannera do rozwiązania swojego odwiecznego problemu - wewnętrznego konfliktu z Hulkiem. To był jego sposób na przepracowaniu traumy po tak wielkiej klęsce która spotkała jego, jego drużynę i ludzkość. W "Avengers: Koniec gry" Banner godzi się z samym sobą i w jakimś sensie odkupuje swoją wcześniejszą porażkę. Czy zobaczymy go w następnych filmach? Mam nadzieję, że pojawi się w roli mentora dla nowego pokolenia bohaterów, będzie dla nich robił fajne gadżety i udzielał im mądrych rad.


Trudno omawiać mi oddzielnie wątki Czarnej Wdowy i Hawkeya. Od "Avengers" podkreślane było, że Natasha i Clint to najlepsi przyjaciele i doskonały zespół. W "Avengers" Czarna Wdowa robiła wszystko by obudzić Hawkeya kontrolowanego przez Lokiego, a potem w czasie Bitwy o Nowy Jork wspominali Budapeszt. W "Avengers: Czas Ultrona" okazało się, że Natasha była jedną z nielicznych osób, które wiedziały, że Clint ma żonę i dzieci. W filmie "Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów" podczas walki na lotnisku Hawkeye zapytał Wdowę czy nadal są przyjaciółmi, mimo, że walczą po przeciwnych stronach. W najnowszym filmie przyjaźń tej dwójki ponownie odgrywa dużą rolę.


Natasha ze skutkami pstryknięcia Thanosa poradziła sobie zamykając się w siedzibie Avengers i szukając zagrożeń, którymi można byłoby się zająć. Nie będąc w stanie w żaden sposób odwrócić skutków pstryknięcia szuka czegoś z czym może walczyć, czemu da radę podołać. Clint, po tym jak jego rodzina wyparowała podczas przygotowań do obiadu (ta scena była prosta i wstrząsająca zarazem) i nie mógł na to nic poradzić, zaczął zabijać ludzi, którzy, w przeciwieństwie do jego żony i dzieci, nie zasłużyli by dalej żyć. Gdy Natasha i Clint odzyskali nadzieje, gdy stanęli przed szansą ściągnięcia wszystkich z powrotem, byli bardzo zdeterminowani. I trafili razem na Vormir. 


Czy zaskoczę was pisząc ze scena na Vormirze rozgrywająca się miedzy Thanosem, a Gamora była dla mnie jedna z najbardziej emocjonalnych? Ile razy oglądałam "Avengers: Wojna bez granic" tyle razy płakałam, gdy Gamora spadała do Studni Dusz. A scena w której Clint i Natasha walczyli o to, które z nich poświęci swoja duszę, aby to drugie mogło odejść z Kamieniem rozbiła mnie emocjonalnie jeszcze bardziej. Oboje chcieli wypełnić misje, oboje chcieli tez ocalić życie przyjaciela poświęcając swoje. Ich motywacje są troszeczkę inne - Clint chciał aby jego rodzina wróciła, nawet jeśli on już ich nie zobaczy, Natasha przez lata żyła obsesją uratowania wszystkich, postąpienia jak prawdziwa bohaterka. Gdy Natasha w końcu "wygrała" i legła na dnie Studni, w tej samej pozycji, co wcześniej Gamora, a Clint płakał patrząc na Kamień Dusz, który pojawił się w jego prawej dłoni, ja płakałam nad nimi obojgiem. 


Czy jest nad czym płakać? Natasha chciała się poświecić aby odwrócić skutki pstryknięcia Thanosa i to właśnie zrobiła. Clint chciał odzyskać rodzinę i w zakończeniu filmu widzimy go gdy wita się z zona i dziećmi. Cóż, nadal uważam, ze jest. Przez lata zżyłam się z ta dwójką bohaterów, nawet nie zdawałam sobie sprawę jak bardzo, i w sytuacji gdy jedno zginęło, a drugie musiało patrzeć na śmierć przyjaciela trudno mi się nie wzruszyć. 


Dotyczy to tez wątków innych postaci. Wzruszyłam się podczas pogrzebu Tony'ego ale chyba jeszcze bardziej słuchając jego pożegnalnej wiadomości do Pepper i Morgan zakończonej słowami "I love you 3000". Serce mi bilo jak szalone gdy zmordowany Kapitan stanął sam na przeciwko Thanosa i jego armii, gotów walczyć do ostatniego tchu, a za jego plecami otwarły się portale i przybyła odsiecz z chyba wszystkich zakątków galaktyki. Coś mnie w środku ścisnęło gdy zobaczyłam reakcje Tony'ego na powrót Petera Parkera. Przeżywałam każdy seans "Avengers: Koniec gry" cala sobą, śmiejąc się i plącząc, ciesząc się, ze widzę po raz kolejny moich ulubionych bohaterów, lękając się o ich losy. I to jest, w moim przekonaniu, fundament trwającej popularności filmów MCU. Bohaterowie, bohaterowie i jeszcze raz bohaterowie. Ze wszystkimi wadami i zaletami, porażkami i tryumfami. Z konfliktami, przyjaźniami, romansami i relacjami rodzinnymi. 


Nie ujmuje tu nic stronie technicznej filmu. Biorcą pod uwagę jak długi jest ten film i ile rzeczy twórcy w nim upchnęli najnowsi "Avengers" są historia spójna i z dobrym tempem. Zdjęcia, dźwięk, muzyka i efekty specjalne są na poziomie "dobrego blockbustera" czyli nie są ani dużo gorsze, ani dużo lepsze niż w innych filmach wysokobudżetowych. Więcej o tym pisać nie będę bo na technikaliach znam się tak sobie. Nie będę tez pisać o wadach filmu bo to dla mnie oczywiste, ze ten film, jak każdy, trochę wada ma. Na szczęście "Avengers: Koniec gry" ma więcej zalet niż wad o czym świadczą dobre recenzje i wysokie zarobki filmu. 


Iron Manowi, Kapitanie Ameryce i Thorowi poświecę oddzielny wpis gdyż byli oni filarami dotychczasowego uniwersum i historia każdego z nich w jakiś sposób się zakończyła. Thora zobaczymy niemal na pewno w filmach kolejnej fazy, możliwe tez, ze spotkamy jeszcze starszego Steve'a Rogersa, ktoś tez zapewne obejmie dziedzictwo Toney'ego Starka. Ale tu wkraczamy już na teren spekulacji na temat przyszłości. A w tej chwili ważne jest to, ze pewien etap podroży dobiegł końca. Dla bohaterów i dla nas - widzów. Czeka nas jeszcze epilog tej historii w filmie "Spider-Man: Daleko od domu". I to całkiem niedługo bo za piec tygodni. 


Jeśli jakimś cudem jeszcze nie widzieliście "Avengers: Koniec gry" to zapraszam was do kin. Jeśli już raz widzieliście ten film to może skusicie się na powtórny seans, gdyż, moim zdaniem, "Koniec gry" jest idealny do powtórnych seansów i wyłapywania kolejnych szczegółów z drugiego, trzeciego, czwartego planu. Ja będę się usilnie starała znaleźć czas na kolejny seans. Bo ciągle trudno mi się pożegnać z ulubionymi herosami na końcu naszej wspólnej drogi. 



                                                zdjecie ze strony slashfilm.com

1 komentarz:

  1. Świetna recenzja^^. Bardzo fajnie mi się ją czytało i praktycznie zgadzam się z Tobą w 100%.

    Miło mi, że znajdują się ludzie, którzy lubią i podziwiają Kapitan Marvel. Żal mi trochę Brie, że zdobywa taki hejt za swoją kreację. Owszem, bywa czasami kąśliwa i wywyższająca się w swojej roli, ale przecież taka jest komiksowa Carol. Jej charakterek wcale tak mocno nie odbiera od Starka. Może stąd też ostry konflikt między nimi w komiksowym Civil War II :D.

    Mam nadzieję, że w przyszłości ludzie dadzą jej szansę i ją polubią^^.

    OdpowiedzUsuń